Jakość co piątej skontrolowanej partii wyrobów mięsnych pozostawiała wiele do życzenia. Produkty drobiowe były pompowane wodą ponad normę. Wiele produktów mięsnych zawierało niedozwolone bądź niezadeklarowane składniki. Za mało było też „mięsa w mięsie".

Producenci prześcigają się też w pomysłach jak sprzedać swój towar. Makaron zawierający naturalną kurkumę tak naprawdę zawiera w sobie polisorbat 80 i oleoryzynę kurkumy. „Polski miód" jest polski też tylko z nazwy, bo po analizie pyłkowej okazuje się, że pyłki użyte do jego produkcji w naszym kraju nie występują,„kalifornijskie" śliwki pochodzą z Chile, a „górskie" produkty wytwarzane są na terenach nizinnych. „Świeże" soki, które są pasteryzowane, już chyba nikogo nie dziwią.

Najgorzej chyba wygląda jednak kwestia skontrolowanych przypraw ziołowych. Inspekcja znajdowała tam odchody gryzoni czy nawet martwe szkodniki. Nie brakuje też niebezpiecznego dla konsumentów wydłużania okresu przydatności do spożycia w stosunku do zadeklarowanej dokumentacji, mało czytelnych informacji jak przechowywać dany produkt czy wręcz całkowitego ich braku. Z podawaniem składu, który jest tak istotny np. dla alergików producenci też mają problemy.

Inspekcja alarmuje, że ogólnie jakość oferowanych klientom produktów spada. W związku z kontrolą nałożone łączne kary pieniężne w wysokości 250 tys. złotych oraz grzywny w postaci mandatów karnych na kwotę ponad 27,6 tys. złotych.

- Nieprawidłowości dotyczące znakowania wynikają przeważnie z nieznajomości przepisów lub nieprawidłowej ich interpretacji – czytamy w sprawozdaniu z wyników kontroli. - Przyczyną może być również celowe działanie producentów, którzy świadomie wprowadzają w błąd konsumenta poprzez zamieszczanie na opakowaniu nieprawdziwych informacji.

Jeżeli efektem takiego działania będzie tylko to, że nasz „polski" miód nie będzie pochodził z Polski, to można tylko czuć się oszukanym. Gorzej, gdy przez takie zabiegi dojdzie do tragedii.