21-letnia Lily Burns z Fort William w Szkocji opowiedziała o swoich przeżyciach na antenie radia BBC w programie "Good Morning Scotland". Wszystko zaczęło się o wysokiej temperatury. Sądzono, że powodem jest infekcja nerek. Z powodu epidemii koronawirusa stwierdzono, że lepiej będzie jeśli Burns będzie leczyć się w domu.

Jeszcze tej samej nocy stan 21-latki dramatycznie się pogorszył i zgłosiła się na pogotowie. Wówczas zrobiono jej wstępny test na obecność koronawirusa. Wynik wyszedł negatywny, jednak drugi wykazał, że jest zakażona.

Wtedy postanowiono wysłać ją do szpitala Raigmore. Kiedy tam dotarła, było z nią już bardzo źle. Chociaż nie miała żadnych innych chorób, infekcja zaatakowała narządy wewnętrzne: nerki, wątrobę i serce. 

Burns miała tak poważne problemy z oddychaniem, że zdecydowano o podłączeniu jej do respiratora. Przez siedem dni przebywała w śpiączce farmakologicznej. Po tym czasie zaczęła wracać do zdrowia. Ponieważ rodzina nie mogła jej odwiedzać, rozmawiali ze sobą za pośrednictwem wideo-czatu. Dla bliskich Lily był to bardzo trudny czas.

Po kilku tygodniach pozwolono jej na powrót do domu. Jej rodzina nagrała emocjonalny moment powitania z 21-latką i umieściła w mediach społecznościowych. Chociaż widmo śmierci zostało odżegnane, to Burns nadal musi na siebie uważać. Od powrotu nie wychodzi na zewnątrz, a znajomi, którzy wpadają z wizytą, by pogratulować jej powrotu do zdrowia, muszą trzymać się od niej z daleka.

(BBC)