Czesi przygotowują się do rozluźnienia restrykcji. Co prawda chorych przybywa, ale znacznie wolniej niż sądzono. Szczyt ma przypaść na dni poświąteczne. Aby jednak ratować gospodarkę, Czesi planują szybko otworzyć granice np. z Polską i Słowacją, gdzie ryzyko zakażenia jest stosunkowo niewielkie. Po Wielkanocy czeski rząd zapowiedział też otwarcie większości sklepów, a 15 maja nawet szkół. Jest plan chronienia głównie osób znajdujących się w grupie ryzyka.

Roman Prymula, odpowiedzialny za działania związane z pandemią, wpadł również na pomysł wprowadzenia tzw. inteligentnej kwarantanny. Miałaby trwać trzy dni. Przez sieć komórkową sprawdzano by, z kim kontaktował się zakażony na COVID-19 i ich także poddawano testom i podobnej kwarantannie.

Trzeba zaznaczyć, że Czesi bardzo wcześnie, bo w połowie marca wprowadzili nakaz noszenia maseczek. Używają ich nawet prezenterzy telewizyjni, a szyją wszyscy - nie wyłączając zakonnic i celebrytów. Tworzenie własnych masek stało się symbolem narodowej solidarności.

Jak dotąd w Czechach zmarło 113 osób, a zakażonych jest 5589. 309 osób uznano za wyleczonych (stan na 10 kwietnia).

Sportowiec, którego nazwisko świat poznał po fatalnym upadku w Zakopanem, przyznaje, że w Czechach faktycznie wprowadzono wiele regulacji. Twierdzi, że były one jednak niezbędne.

- Nie powiedziałbym jeszcze, że wygraliśmy z wirusem. Sytuacja jest trudna i nikt dokładnie nie wie, jak sprawy się potoczą. Prawdą jest jednak, że wreszcie czuć powiew optymizmu. A to dzięki temu, że wcześnie ustalono zasady, jakimi musimy się kierować. Nakaz zakrywania twarzy to był dobry krok. Obecnie bardzo trudno dostać maseczki, ale większość Czechów ma swoje sposoby - uśmiecha się Jan Mazoch w rozmowie z WP SportoweFakty.

Jako najgorsze oblicze koronawirusa były skoczek wskazuje fakt, że tak wiele osób znalazło się w stanie krytycznym. Nie ma na myśli wyłącznie aspektu medycznego. - Wielu musiało rzucić wszystkie swoje plany bez jakiejkolwiek wiedzy, co będzie dalej. Można tylko czekać. Najtrudniejsza jest niepewność jutra.

Mazoch twierdzi, że w Czechach nie było paniki. Jest za to solidarność. Czesi udowodnili sami sobie, że potrafią pomagać. 

Skoczek nie boi się o swoje zdrowie, ale nie ukrywa, że czuje strach o bliskich, a przede wszystkim własne dzieci. - Ale jednoczymy się i działamy razem - zaznacza sportowiec, który obecnie pracuje w klubie Jedličkova i działa na rzecz osób niepełnosprawnych.

Były skoczek podkreśla, że w Czechach zdecydowana większość osób stosuje się do ustanowionych przez rząd reguł. To zresztą podaje jako główny powód polepszenia sytuacji w swojej ojczyźnie.

O sporcie na razie wiele nie myśli. Nie wiadomo przecież nawet, kiedy wystartują jakiekolwiek rozgrywki.

- Mam nadzieję, że szybko osiągniemy poziom sprzed pandemii, ale to będzie niezwykle trudny czas. Kryzys będzie przede wszystkim w ekonomii. Przecież wszystko kręci się wokół gospodarki, a właśnie dostajemy lekcję, której nie mieliśmy nigdy wcześniej - przyznaje Mazoch.