Marta Dziubka z Dąbrowy Górniczej od 22 marca czeka na wyniki testów i potwierdzenie czy została zakażona koronawiursem. Jest w kwarantannie wraz z niepełnosprawnym 16-letnim synem i dwoma psami.

Pani Marta podejrzewa, że do zakażenia mogło dojść w trakcie jej wyjazdu do Warszawy. – 7 i 8 marca byłam w stolicy. Kontaktowałam się z osobą z Niemiec, którą odwieziono do szpitala zakaźnego po powrocie do kraju – opowiada pani Marta.

U niej objawy pojawiły się po niemal dwóch tygodniach. W niedzielę 22 marca zgłosiła  się z synem do namiotu dla chorych ustawionego przed szpitalem w Dąbrowie Górniczej.

Problemy zaczęły się, gdy trzeba było przewieźć ją do szpitala zakaźnego. – Przez trzy godziny lekarze dzwonili do szpitali pytając o wolne miejsce. Niestety był problem, bo pacjentów w szpitalach zakaźnych jest mnóstwo.  Lekarze dzwonili do Tychów , Raciborza, Chorzowa i Krakowa – opowiada dąbrowianka.

W końcu przewieziono ją do szpitala zakaźnego w Tychach. Prawie dwie godziny czekała w zimnym namiocie aż ktoś przyjedzie. W końcu zniecierpliwiona sama zadzwoniła z własnego telefonu.

– Nikt nawet nie wiedział, że zostałam przywieziona. To wina pana kierowcy(z karetki) w białym kombinezonie, który pozostawił mnie jak trędowatą na mrozie . Do jego obowiązków należało poinformować izbę przyjęć o transporcie pacjentki i przekazanie dokumentów lekarzowi. Niestety pan w kombinezonie był gdzieś spóźniony i bardzo mu się spieszyło. Na dodatek bał się mnie jak ognia i nawet długopisu nie chciał mi dać – relacjonuje pani Marta.

W tyskim szpitalu na dyżurze był jeden lekarz i dwie pielęgniarki. Ciągną zmianę kolejny dzień. Pracują po 36 godzin.  – Lekarz powiedział, że objawy wskazują na „koronę", ale też może to być zapalenie oskrzeli i tchawicy – opowiada pani Marta. Trzeba poczekać na wyniki testów i odesłał ją do domu.

Poinformował ją, że w poniedziałek 23 marca zadzwoni do niej lub przyjdzie policja, by sprawdzić czy jest w kwarantannie.

Pani Marta samotnie wychowuje syna, ktoś musiał wyprowadzić psy, zrobić im zakupy. Zaczęła w poniedziałek wydzwaniać do opieki społecznej, urzędu miejskiego. 

Nikt nie odbierał telefonów albo było ciągle zajęte. W klinice weterynaryjnej nawet nie chcieli przyjąć karteczki z prośbą o wyprowadzenie psów. 

W końcu wrzuciła rozpaczliwy post na profil społecznościowy. Odzew był błyskawiczny, w przeciwieństwie do służb państwowych. 

– Do tej pory nikt nikt się mną nie zainteresował. Chciałam się zalogować do aplikacji dla osób objętych kwarantanną, ale widać nikt moich danych nie wpisał do systemu – dodaje.

Pani Marta w dalszym ciągu czeka na wyniki. Gorączka powoli ustępuje, ale nadal ma suchy duszący kaszel. 

– Czuję niemoc i złość. System po prostu nie działa. Mogłam sobie wyjść sama i mieć to w nosie, ale jestem odpowiedzialna i nie chciałabym nikogo narazić, jeśli mam tego wirusa – mówi ze smutkiem.