Agnieszka Czyżyk (47 l.) była we Włoszech w Rimini. - Pojechałam na dwa tygodnie w odwiedziny do partnera. Wtedy jeszcze nie było żadnych doniesień o koronawirusie. Pierwsze pojawiły się trzy dni przed moim wyjazdem - mówi nauczycielka. Gdy wróciła, na lotnisku w Modlinie nie było jeszcze żadnej kontroli. - Nikt nie sprawdzał mi temperatury ani mnie nie badał. Bzdurą jest to, co mówi rząd, że każdy pasażer jest kontrolowany – uważa pani Agnieszka.

W jej szkole nauczyciele spanikowali, dyrekcja zasugerowała jej, by nie przychodziła do szkoły. Chciała więc dla spokoju własnego i innych pedagogów przebadać się. Gdy zadzwoniła do swojej przychodni, usłyszała szokującą poradę: - Usłyszałam, że mam absolutnie nie przychodzić do przychodni, że muszę radzić sobie sama. Mam wsiąść w komunikację miejską do Warszawy i szukać po szpitalach oddziałów zakaźnych - opowiada zbulwersowana.

Nikt nie poinformował jej jaki szpital takie badania wykona, nikt nie zadbał o jej bezpieczeństwo. A przecież gdyby była zarażona, w miejskim autobusie czy pociągu rozsiałaby mnóstwo wirusów. W końcu pojechała do przychodni. - Weszłam do pierwszej lepszej lekarki i powiedziałam o co chodzi. Zostałam przebadana. Pani doktor powiedziała mi, że nie mam objawów koronawirusa. Wypisała mi zwolnienie na tydzień i w poniedziałek mam wrócić do pracy – tłumaczy kobieta.

Nie ona jedna odczuwa brak procedur, o których ciągle tak wiele słychać z ust wysokich urzędników. Wczoraj samolotem z Seulu wróciła do Warszawy Anna Korzewska-Kłak(33 l.). - Nie miałam żadnych badań ani na lotnisku ani w samolocie. Nikt nie mierzył mi temperatury. Nie dostałam żadnej ulotki, ale wszyscy w samolocie byli w maskach – opowiada.