22-letnia Sarah Armstrong z Liverpoolu zawsze była okazem zdrowia. Odżywiała się zdrowo, uprawiała sport, wychowywała 2-letnią córeczkę i ciężko pracowała jako pomoc medyczna. Nie martwiła się zbytnio, gdy zauważyła na swoim ciele siniaki. Obrażenia pojawiały się na nogach, brzuchu, rękach i udach. Sądziła, że jest gapą i nawet nie pamięta, kiedy je sobie nabija.

Nie zaniepokoiło ją także zmęczenie, częste zawrotu głowy, a także objawy przypominające grypę. Sądziła, że nabawiła się w pracy jakiejś infekcji. Po pewnym czasie do niepokojących symptomów dołączyło ciągłe krwawienie z dziąseł. Do lekarza udała się jednak dopiero wtedy, gdy spostrzegła na swoim ramieniu rozległy krwiak i była pewna, że nie powstał na skutek uderzenia. 

Siedząc w gabinecie lekarskim nie przeczuwała jeszcze niczego złego. Wynik badań krwi przyniósł jednak druzgocącą diagnozę. 22-latkę zabijała zaawansowana, ostra białaczka szpikowa. Armstrong niemal natychmiast zaczęła chemioterapię. Cały czas miała nadzieję, że uda jej się pokonać chorobę. Na swoim Facebooku zamieściła apel do znajomych, by w razie wystąpienia u nich, któregoś z objawów, poszli się zbadać. Dla niej było już za późno. Zmarła trzeciego dnia leczenia. Zabił ją udar, prawdopodobnie wywołany chorobą. 

(Źródło: Liverpool Echo)