– Boże, to nie może być prawda – krzyczała zapłakana Natalia (21 l.), siostra Moniki i ciocia jej córeczek. Zrozpaczona kobieta przybiegła pod kamienicę, gdy strażacy jeszcze gasili ogień. Ludzie powstrzymywali ją, by nie rzuciła się w płomienie. Chciała ratować bliskich. Na pomoc 2-miesięcznej Lence, 4-letniej Zuzi, 5-letniej Oliwce i ich mamie było już jednak za późno. Prawdopodobnie zanim dosięgły je płomienie, zabił je czad. 

Pożar wybuchł w poniedziałek po godzinie 12 w mieszkaniu na ostatnim piętrze naprzeciwko mieszkania Moniki S. i jej dzieci. Jak udało nam się dowiedzieć, jego lokator - 60-letni Eugeniusz S. gotował wodę i pijany zasnął. Gdy się obudził, zobaczył ogień i uciekł. Mieszkańcy kamienicy twierdzą, że od kilku lat zgłaszali różnym instytucjom, że mieszkający w budynku alkoholicy są zagrożeniem dla innych mieszkańców. – Kilka lat temu w tym samym mieszkaniu był pożar. Tam była melina. My byliśmy u zastępcy prezydenta, żeby się zainteresowali kto tam mieszka. W końcu doszło do tragedii – tłumaczą.

60-letni Eugeniusz S. w chwili zatrzymania miał 3 promile alkoholu w organizmie. Gdy wytrzeźwiał, został doprowadzony do prokuratury, gdzie przedstawiono mu zarzuty. Odpowie za nieumyślne spowodowanie pożaru, którego skutkiem była śmierć czterech osób. Grozi mu 8 lat więzienia.

Z naszych informacji wynika, że 3-piętrowy budynek, w którym rozegrała się tragedia ma prywatnego właściciela, ale zarządza nim miasto. Rodzina wprowadziła się do kamienicy 3 lata temu.

Dlaczego żaden z miejskich urzędników nie zajął się sprawą krat w oknach? – Z punku widzenia bezpieczeństwa nie powinno być krat w oknach. Właściciel ma prawo je sobie zamontować, ale wynajmujący powinien mieć możliwość je otworzyć w razie ewakuacji. Żeby dostać się do poszkodowanego, najszybsza droga prowadzi przez okno. Kraty to opóźniają, bo trzeba je wyciąć – mówi nam strażak Marcin Dembski (38 l.).