Było niedzielne popołudnie, koło godziny 13. Słoneczna pogoda sprzyjała spacerom. Skorzystała z tego rodzina z Bielan. Kiedy para wraz z dzieckiem przechodziła przez pasy na ulicy Sokratesa, doszło do tragedii. W pana Adama, który prowadził w wózku 3-letniego synka Tomaszka, uderzył samochód marki BMW.

Z naszych informacji wynika, że pierwszą osobą, która ruszyła na pomoc poszkodowanym, był kierowca autobusu. – Tak, byłem pierwszy, w niecałą minutę od wypadku. Po chwili dołączyło do mnie kilka osób – przyznał w rozmowie z Fakt24. – Tego feralnego dnia byłem w pracy. Na ulicy Sokratesa zauważyłem leżącego na ulicy człowieka. Z racji tego, że jestem ratownikiem KPP [kwalifikowana pierwsza pomoc – przyp. red.], bez wahania złapałem za apteczkę, którą zawsze mam przy sobie, i pobiegłem do poszkodowanego – usłyszeliśmy od naszego rozmówcy. Kierowca autobusu sprawdził podstawowe funkcje życiowe u 33-latka, niestety, nie było ich. – Wraz z innymi, którzy w międzyczasie dobiegli, rozpoczęliśmy reanimację – wyjaśnił mężczyzna. – Po około trzech, czterech minutach, więc bardzo szybko, przyjechało pogotowie ratunkowe, które przejęło walkę o życie tego młodego człowieka. Ja wróciłem do pracy – powiedział nam kierowca autobusu.

Makabryczny widok

Auto zmiotło pieszego z jezdni. Pan Adam miał poważne obrażenia głowy. – Byłem tam chwilę po wypadku. Zebrało się tam duże zbiegowisko ludzi – powiedział Fakt24 jeden z mężczyzn, który pojawił się na miejscu zdarzenia. – Widziałem mężczyznę, który leżał w kałuży krwi. Jego ubrania, twarz, głowa, wszystko było zalane krwią – wyznał nasz rozmówca. – Ratownicy bardzo mocno się starali, by go uratować. Ludzie stali wokół i modlili się za jego życie – usłyszeliśmy. – Niedaleko stał wózek. Był lekko zgnieciony – dodał nasz rozmówca.

Pana Adama nie udało się uratować. Jego synek odniósł niewielkie obrażenia. Pani Magda, żona 33-latka, fizycznie nie ucierpiała w wypadku. Ciężko dywagować o tym, co czuje kobieta, na oczach której ginie ukochany mąż.

Apel żony ofiary wypadku

Pogrążona w rozpaczy pani Magda zebrała siły, by wyjaśnić jedną kwestię i zaapelować do wszystkich rodziców małych dzieci. "W związku z pojawiającymi się licznie doniesieniami medialnymi o wypadku, w którym zginął mój mąż, pragnę sprostować, że nasz synek, który w czasie wypadku był w wózku, NIE WYPADŁ z niego" – napisała kobieta. "Był mocno przypięty pasami, dzięki czemu odniósł tylko niewielkie obrażenia. Poza kilkoma siniakami i zadrapaniami jego stan fizyczny jest bardzo dobry" – dodała pani Magda.

Kobieta zaapelowała również do wszystkich rodziców małych dzieci, którzy korzystają z wózków. "ZAWSZE zapinajcie dzieci porządnie w wózkach, bo nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć" – podkreśliła. Jak sama przyznała, "Tomek nie zawsze był poprawnie przypięty pasami, jadąc w wózku". "Dlatego na tyle, na ile mogę w zaistniałej sytuacji, cieszę się, że właśnie tym razem idąc na spacer, zapięliśmy pasy poprawnie" – przeczytaliśmy. "Dzięki temu Tomek nadal jest zdrowym, pogodnym i radosnym dzieckiem i daje mi siłę do przetrwania tej ogromnej tragedii" – wyznała pani Magda.

We wcześniejszym wpisie żona pana Adama podziękowała za wsparcie i słowa otuchy. "Moje serce pękło, a świat w jednej chwili wywrócił się do góry nogami" – czytamy wzruszające słowa.

Sprawca wypadku jechał z zawrotną prędkością

Za kierownicą bmw siedział 31-letni Krystian O. – W poniedziałek 31-latek usłyszał zarzut spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym oraz narażenia kobiety i jej dziecka znajdujących się na przejściu dla pieszych na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu – przekazał Fakt24 prok. Łukasz Łapczyński z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Jak ustalili śledczy, kierowca bmw przekroczył dopuszczalną prędkość na obszarze zabudowanym i nie zachował szczególnej ostrożności, zbliżając się do oznakowanego przejścia dla pieszych. Na pasach śmiertelnie potrącił pana Adama.

Wiadomo, że mężczyzna jechał bardzo, bardzo szybko. – To była brawurowa jazda – podkreślił rzecznik warszawskiej prokuratury. Na ustalenie prędkości, z jaką poruszał się 31-latek, trzeba będzie poczekać do uzyskania opinii biegłego z zakresu rekonstrukcji wypadków. 

Podczas przesłuchania podejrzany przyznał się do zarzucanego mu czynu. Odpowiadał na pytania obrońcy. Krystian O. wyjaśnił, że nie pamięta dokładnego przebiegu wypadku i że oślepiło go słońce. Mężczyzna nie został tymczasowo aresztowany, choć wnioskowała o to prokuratura. Sąd wskazał, że nie zachodzi obawa matactwa, materiał dowodowy został utrwalony, a czyn nie jest zagrożony surową karą. – Złożyliśmy zażalenie na decyzję sądu – zaznaczył prok. Łukasz Łapczyński.

Według śledczych mężczyzna dobrze wiedział, jak wygląda ulica, bo również mieszkał na Bielanach. Gdyby uderzył w całą rodzinę, zginęłaby nie jedna, a trzy osoby...

Niebezpieczna droga

Tragiczny wypadek wywołał lawinę komentarzy. Przewija się w nich jeden wątek – kwestia braku bezpieczeństwa na warszawskiej ulicy. – Tu notorycznie są bardzo niebezpieczne sytuacje. Wyprzedzanie na pasach, przekraczanie dozwolonej prędkości, ale piesi też przechodzą w niedozwolonych miejscach – usłyszeliśmy od naszej rozmówczyni. – Codziennie piski opon i gwałtowne hamowanie. To wszystko słychać. Człowiek aż podskakuje na kanapie – tłumaczyła w rozmowie z Fakt24 jedna z mieszkanek Bielan.

A ulica Sokratesa tu długa i prosta dwupasmówka. Na całej długości drogi są przejścia dla pieszych, lecz w większości są one bez świateł. To wymarzone miejsce dla "domorosłych rajdowców". – Nieraz nocą słychać, jak urządzają sobie tu wyścigi – podkreśliła nasza rozmówczyni.

Mieszkańcy są rozgoryczeni. – Tu są szkoły i żłobki, mnóstwo młodych rodziców z dziećmi, a władze nie robią kompletnie nic, żeby poprawić bezpieczeństwo. W nocy jest jeszcze gorzej, bo przejścia są niedoświetlone, przy drodze są liczne drzewa, do tego zaparkowane samochody. Naprawdę nie trzeba wiele, żeby kogoś nie zauważyć, nawet jak się jedzie przepisowo – tłumaczyli nam mieszkańcy. Ludzie otwarcie przyznają, że boją się przechodzić na drugą stronę jezdni.