To nie było pierwsze dziecko 35-letniej Marioli D. Jej najstarszy, 17-letni syn trafił do poprawczaka za liczne kradzieże w domu dziecka, gdzie przebywał. Z kolei dwiema córkami (12 i 13 lat), nad którymi straciła władzę rodzicielską, zajmował się ich ojciec. Ona tymczasem mieszkała w Legnicy z nowym partnerem i najmłodszym synem z poprzedniego związku z obcokrajowcem, 4-letnim Denisem. Najwyraźniej więcej dzieci mieć nie zamierzała. Gdy więc na świat przyszedł kolejny maluch, zrobiła coś potwornego. Fakt24 dotarł do niedostępnych do tej pory akt tej przerażającej sprawy.

Bieda, przemoc i rodzenie dzieci

Mariola D. jest z zawodu krawcową, ale tylko na papierze. Przez większość życia była bezrobotna. Szkołę skończyła z trudem, powtarzając niektóre klasy, a dorabiała sobie drobnymi pracami, głównie sprzątaniem klatek schodowych. Była w trzech związkach, ale wszystkie okazywały się toksyczne. Partnerzy pili alkohol i znęcali się nad kobietą, która rodziła im kolejne dzieci. 35-latka była też karana za nielegalny pobór energii.

W kolejną ciążę Mariola D. zaszła w 2011 r. Zorientowała się, ponieważ przestała miesiączkować. Nie zrobiła jednak żadnego testu, ani nie poszła do lekarza. Niedługo potem zmęczona domowymi awanturami zabrała synka i wyprowadziła się najpierw do matki, a potem do Rogowa Legnickiego, gdzie zamieszkała u koleżanki Agnieszki i dwojga jej dzieci. W dwóch pokojach, bez bieżącej wody. W zamian za miejsce do spania pomagała jej w domu i przy opiece nad dziećmi. „Tam to ja byłam tylko służącą” - podkreślała w zeznaniach.

Do ciąży przyznała się dopiero, gdy gospodyni zaczęła na nią naciskać. Nie zamierzała jednak pójść do lekarza. Stwierdziła, że nie jest jej to potrzebne. Prosiła też, by nikomu nie mówić o jej ciąży, nawet jej matce. „Bałam się, jak matka zareaguje. Ona by mi zaraz wymawiała: następne dziecko, co ty robisz. Na pewno mama by mi powiedziała, żebym pojechała do szpitala i zostawiła tam dziecko” - wyjaśniała później prokuratorowi. Zapewne już wtedy wiedziała, co zrobi dalej. Nie kupowała żadnych dziecięcych rzeczy, nie brała witamin i paliła jak smok.

Zabiła małego Jasia z zimną krwią. Wszystko zaplanowała

Feralnego 8 września 2011 r. Agnieszka pojechała do pracy do Legnicy, a Mariola została sama z dziećmi. Bóle porodowe zaczęły się ok. 15.00. Zadzwoniła do koleżanki mówiąc, że „się zaczęło” i że krwawi. Odrzuciła jednak sugestię wezwania pogotowia. Stwierdziła, że „nic jej nie będzie” i jej „przejdzie”. Poprosiła ją tylko o kupno pampersów dla Denisa. Najwyraźniej miała już wtedy w głowie gotowy plan.

Od razu wiedziała, co ma robić. Wzięła foliowe reklamówki i poszła w kierunku pobliskiego zbiornika wodnego. W błotnistych zaroślach po kilku minutach urodziła żywe dziecko, ale niewiele ją to obeszło. Poczekała na urodzenie się łożyska, a potem na główkę noworodka założyła foliową torbę, zawiązując ją wokół jego szyi. Maleńkie ciałko włożyła do kolejnych reklamówek i wyrzuciła w szuwarach. Potem, jakby nigdy nic, wróciła do przerwanego sprzątania. Dzieci nie zauważyły niczego podejrzanego.

Gdy Agnieszka po powrocie do domu zapytała, gdzie jest noworodek, Mariola powiedziała, że urodził się martwy, więc wyrzuciła go do bajora. Nie wydawała się w żaden sposób smutna czy przygnębiona. Zachowywała się zupełnie normalnie. Naciskana w końcu przyznała się, że udusiła synka. Nie sądziła pewnie, że gospodyni powie o tym swojej koleżance, ta kolejnej, a potem anonimowo zawiadomią policję. Policjanci z patrolu zeznali później, że kobieta osobiście otworzyła im drzwi, ale była blada i miała wyraźne problemy z chodzeniem. Starała się też zasłonić nienaturalnie wyglądający brzuch.

Zmuszona przez mundurowych, Mariola niechętnie wskazała miejsce porzucenia noworodka. Reklamówka leżała ok. 1,5 metra od brzegu i była częściowo zanurzona w wodzie. W środku była kolejna foliówka, a dopiero wewnątrz niej ciało dziecka z kolejną torebką owiniętą wokół głowy. Po otwarciu z zawiniątka wylała się brunatna ciecz.

Była spokojna, a nawet pogodna. Wymazała Jasia ze swojego życia

Jeden z ratowników wezwany na miejsce pogotowia wspominał później, że matka dziecka była spokojna, jakby zamyślona. „Nie było w niej histerii: co ja zrobiłam, co ze mną będzie” - podkreślał. Później, na oddziale ginekologicznym kobieta też wydawała się zrelaksowana. Szukała nawet kontaktu z ludźmi. „Była bardzo spokojna, opanowana, chwilami nawet pogodna. Gdybym nie wiedziała, dlaczego jest na oddziale, to nie podejrzewałabym nawet, do jakiej tragedii doszło” - mówiła jedna z położnych. Nie zachowywała się jak ktoś, kto stracił dziecko. Często chodziła na papierosa i chętnie rozmawiała o błahych sprawach, jak np. kosmetyki. Jedyne, co ją martwiło, to los 4-letniego Denisa, o którym ciągle mówiła.

Badania potwierdziły, że noworodek to dziecko Marioli i jej ostatniego partnera, Piotra, od którego się wyprowadziła. Postanowieniem sądu maleństwo otrzymało imię Jan. Biegli w czasie sekcji zwłok nie mieli wątpliwości, że maluszek został zamordowany. Dziecko było dojrzałe i zdolne do życia poza łonem matki. Przyczyną jego nagłej i gwałtownej śmierci było uduszenie workiem foliowym. Żyło na tym świecie nie dłużej niż kilka minut.

"Tak, zabiłam, ale wcale tego nie chciałam"

Mariola D. przyznała się do zamordowania dziecka, ale nie chciała składać wyjaśnień. Stwierdziła tylko, że bała się byłego partnera, który bił ją, gwałcił, wyzywał, a czasem nawet groził nożem i siekierą. Miał też podejrzewać, że dziecko nie jest jego. „Mogłem tak powiedzieć, ale pod wpływem alkoholu. Wtedy każdy facet tak powie” - zeznał później mężczyzna.

Sąd zadecydował o przeprowadzeniu obserwacji psychiatrycznej oskarżonej. Biegli stwierdzili, że kobieta była w pełni świadoma tego, co robi i nie miała nawet w niewielkim stopniu ograniczonej poczytalności. Uznano też, że nie jest chora psychicznie ani upośledzona umysłowo. Ma za to „mało rozbudowaną osobowość o płytkiej uczuciowości i niskich potrzebach”.

W czasie rozprawy Mariola D. twierdziła, że nigdy nie zamierzała zabić swojego dziecka. Nie umiała jednak odpowiedzieć na pytanie, po co w takim razie owinęła mu główkę foliową torbą. „Nie kontrolowałam swojego zachowania w trakcie porodu. Nie wiedziałam, co się wtedy dzieje. Bardzo żałuję tego postępowania” - przekonywała 35-latka. Matka i siostra oskarżonej skorzystały z przysługującego im prawa i odmówiły składania zeznań.

15 lat dla dzieciobójczyni z Rogowa

31 maja 2012 r. Sąd Okręgowy w Legnicy uznał Mariolę D. za winną zabójstwa dziecka i skazał ją na 15 lat więzienia. Takiej kary domagał się prokurator. Na jej poczet zaliczono czas, jaki kobieta spędziła w tymczasowym areszcie. Koszty sądowe i wynagrodzenie obrońcy przerzucono na Skarb Państwa. Kilka miesięcy później Sąd Apelacyjny we Wrocławiu podtrzymał tę decyzję w całości. 

Sędzia w uzasadnieniu zaznaczył, że wina oskarżonej nie budzi żadnych wątpliwości, a czyn został przez nią dokładnie zaplanowany. Przed, w trakcie i po porodzie doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co się z nią dzieje. Widziała też, że dziecko urodziło się żywe. W rozmowie z koleżanką przyznała, że „kaszlnęło”. „Oskarżona nie miała od początku woli urodzenia dziecka, a wręcz przeciwnie - wszystkie jej działania zmierzały w kierunku pozbawienia go życia” - mówił sędzia. „Czyn oskarżonej był czynem okrutnym i wstrząsającym. Ofiara była całkowicie bezbronna. Sprawczynią śmierci dziecka była jego własna matka!” - podkreślał.

Życie małego Jasia było dla wyrodnej matki niczym. Pozbyła się synka jak śmiecia, choć mogła go po prostu oddać w dobre ręce. Chłopczyk mógłby dziś mieć 8 lat i dorastać w szczęśliwej rodzinie. Jego los był jednak dla Marioli tak obojętny, że nie zapytała nawet o miejsce pochówku zamordowanego przez nią noworodka. 4-letni Denis, o którego tak się martwiła, trafił do domu dziecka.