W urzędzie kobieta zajmowała się między innymi płacami i kasą zapomogowo-pożyczkową. Robiła to przez 10 lat. Nikt jej nie kontrolował. I pewnie dlatego zaczęła korzystać z swojej nieograniczonej władzy, potrącając drobne kwoty z pensji kolegów i koleżanek.

- Ewa K. dokonała 200 przelewów na różne kwoty. Od 50 zł do ponad 2 tysięcy – relacjonował działalność kobiety sędzia Piotr Skibiński.

Księgowa o lepkich rękach żonglowała cyferkami jak jej się podobało. Jednym obcinała z pensji więcej niż trzeba było potrącić na kasę zapomogowo-pożyczkową, innym nie dopisywała wpłacanych kwot. Machlojki robiła także w dodatkach do pensji podległych urzędowi nauczycieli.

- Zaczęli się do mnie zgłaszać ludzie, twierdząc że coś nie zgadza się z ich finansami – mówił podczas rozpoczęcia procesu Władysław Mika, ówczesny wójt Woli Mysłowskiej.

Zarządzono drobiazgową kontrolę, która wykazała ogromne nieprawidłowości. Księgowa szła w zaparte, do niczego się nie chcąc się przyznać. Ale fakty okazały się dla niej bezlitosne. Kobieta została oskarżona o przywłaszczenie ponad 200 tys. zł. Groził jej wieloletni pobyt za kratami. Ale do więzienia nie pójdzie. Kilka dni temu skazano ją na dwa lata w zawieszeniu na pięć lat. Ewa K. ma też zapłacić grzywnę, koszty adwokackie urzędu i oddać to, co ukradła.

- Kobieta obecnie jest rencistką. Dlatego uznaliśmy, że będąc na wolności łatwiej będzie jej naprawić szkody i oddać to, co przywłaszczyła – tłumaczył sędzia Skibiński.