Komu bardziej będzie się chciało zagryźć zęby i mimo bólu raz jeszcze zgiąć obolałe po półfinałowej porażce plecy, by schylić się po nagrodę pocieszenia? Kto lepiej wsłucha się w słowa ponadczasowego hitu "Show must go on" zespołu Queen, który poniósł się po paryskiej hali Bercy kilkanaście minut przed spotkaniem? - to były kluczowe pytania przed meczem o brązowy medal mistrzostw Europy 2019.

Polacy i Francuzi bardzo chcieli spotkać się ze sobą w tym turnieju, ale nie w starciu o 3. miejsce, a w finale. Obie drużyny były uważane za wielkich faworytów, obie do półfinału bez trudu ogrywały kolejnych rywali. I obie w swoich półfinałach zawiodły. 

Nasza drużyna, przy ogłuszającym dopingu 11 tysięcy kibiców reprezentacji Słowenii, nie sprostała współgospodarzom mistrzostw, którzy grali dobrze i mieli sporo szczęścia. Francuzów porażka w walce o finał zabolała jeszcze bardziej, bo ponieśli ją przed własnymi kibicami. W paryskiej hali Bercy niespodziewanie ulegli niedocenianym Serbom 2:3. 

Po meczu Francuzi wyglądali na zbitych i przygnębionych, tak jak Polacy 24 godziny wcześniej w Lublanie. Tyle, że mieli o jeden dzień mniej od Biało-Czerwonych, żeby się otrząsnąć i jakoś przekonać samych siebie, że o brąz też warto się bić. 

- Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby skończyć ten turniej z medalem. Choćby dlatego, że gramy przed własnymi fanami - mówił rozgrywający "Trójkolorowych" Benjamin Toniutti.

Paryska publiczność mogłaby pomóc swojej drużynie i poderwać ją do lotu mimo połamanych skrzydeł, ale wcześniejsze spotkania Francuzów pokazały, że nie jest w stanie wytworzyć choćby połowy tej energii, którą ładowała słoweńskich siatkarzy Stożice Arena. Poza tym w sobotni wieczór w hali Bercy zajętych zostało może 2/3 miejsc, i to w dużym stopniu przez polskich kibiców. W czasie odgrywania hymnów narodowych stało się jasne, że jeśli gospodarze mają na trybunach przewagę, to raczej niewielką. 

Choć Biało-Czerwoni nie musieli grać w atmosferze podobnej do słoweńskiego piekiełka, zaczęli mecz zdecydowanie słabiej od rywali. Pierwszy punkt po własnej dobrej akcji zdobyli dopiero na 4:7. Po nerwowym początku, którego efektem była nawet pięciopunktowa w pewnym momencie strata do rywali, nasz zespół zaczął na szczęście grać lepiej i zmniejszył różnicę do dwóch punktów, a wreszcie po długich staraniach doprowadził do remisu 19:19. W kolejnej akcji wygraliśmy długą wymianę i dzięki pojedynczemu blokowi Piotra Nowakowskiego po raz pierwszy objęliśmy prowadzenie (20:19).

Walka punkt za punkt trwała już do końca partii. Polacy mieli pierwszą piłkę setową, gdy Kevin Le Roux zaserwował daleko w aut, ale gospodarze obronili się pięknym atakiem Earvina Ngapetha. Przy drugim francuski as nie skończył jednak dwóch kolejnych ataków, a w odpowiedzi Wilfredo Leon wybił piłkę po rękach blokujących rywali i mimo bardzo słabego początku wygraliśmy 26:24.

Drugiego seta mistrzowie świata zaczęli podobnie, jak pierwszego - od błędów i niedokładności, które sprawiły, że szybko stracili dystans (2:5) i od samego początku musieli gonić wynik.

Tym razem również dogonili - głównie dzięki dobrej grze w bloku i pomocy Stephena Boyera, który grał nieskutecznie i popełniał sporo błędów. Potem as serwisowy Michała Kubiaka sprawił, że to polski zespół był z przodu, a kontratak efektownie zakończony przez Leona dał nam dwa punkty przewagi (17:15).

Co prawda "Trójkolorowi" wrócili jeszcze do gry i na chwilę odzyskali nawet prowadzenie (20:19), ale końcówka należała już całkowicie do Biało-Czerwonych, którzy od stanu 21:21 zdobyli trzy kolejne punkty i po potężnym ataku Mateusza Bieńka ze środka wygrali 25:22.

Trzecią odsłonę w końcu to Biało-Czerwoni zaczęli lepiej i nie pozwolili swoim przeciwnikom uciec. Zbudowali nawet skromne, dwupunktowe prowadzenie, ale powiększyć go nie potrafili, w dużej mierze za sprawą rezerwowego francuskiego atakującego Jeana Patry'ego, który zastąpił Boyera i spisywał się zdecydowanie lepiej od niego. 

W końcu jednak i Patry'ego udało się dwukrotnie wyblokować, zagrać w kontrach do, a jakżeby inaczej, Leona i z dwóch punktów różnicy na naszą korzyść zrobiły się cztery (15:11).

To nie był jednak koniec emocji. Stracha napędził Polakom N'Gapeth, którego dwie potężne zagrywki zmniejszyły stratę jego drużyny do tylko jednego punktu (15:14). Na szczęście szybko odpowiedzieliśmy blokiem na Patrym i trzypunktowej różnicy pilnowaliśmy skutecznie już do samego końca.

Meczbola pięknym atakiem obok bloku dał mistrzom świata znakomicie grający Leon. Chwilę później Jenia Grebennikov nie utrzymał przyjęcia i skończył się zarówno set (25:21), jak i cały mecz.

Skoro nie mogliśmy zdobyć złota, wzięliśmy brąz. To dla naszych graczy tylko nagroda pocieszenia, ale za cały występ w ME i tak należą im się wielkie brawa. Na złoto przyjdzie jeszcze czas. Za rok w Tokio. 

Mistrzostwa Europy siatkarzy, Paryż, mecz o 3. miejsce
Francja - Polska 0:3 (24:26, 22:25, 21:25)

Francja: Benjamin Toniutti, Stephen Boyer, Earvin N'Gapeth, Trevor Clevenot, Kevin Le Roux, Nicolas Le Goff, Jenia Grebennikov (libero) oraz Antoine Brizard, Kevin Tillie, Thibault Rossard, Jean Patry, Barthelemy Chinenyeze. 

Polska: Fabian Drzyzga, Maciej Muzaj, Wilfredo Leon, Michał Kubiak, Mateusz Bieniek, Piotr Nowakowski, Paweł Zatorski (libero) oraz Marcin Komenda, Dawid Konarski, Artur Szalpuk, Damian Wojtaszek (libero).