Pogrzeb pani Czesławy był wyjątkowo smutny, bo zabrakło na nim dwóch bardzo bliskich jej osób. Męża Romana, który tkwił w areszcie i Krzysztofa W., którego traktowała jak syna. 

– Krzysiek pomagał wujkowi załatwiać formalności związane z pogrzebem. Potem razem pili – opowiadała siostra Krzysztofa.

Niestety po alkoholu panowie zaczęli się kłócić. Roman S. twierdzi, że siostrzeniec ukradł mu pieniądze, a potem rzucił się na niego z nożem.

– Wyrwałem mu go i zacząłem dźgać na oślep. Nie chciałem go zabić, to był mój chrzestny syn. Ja tylko broniłem się przed nim – mówił w sądzie szlochając.

Ale świadkowie twierdzą, że to starszy pan bywał agresywny. Brał leki psychotropowe, popijał alkoholem i często potem wszczynał awantury.

– Ciocia opowiadała, że ganiał za nią z nożem. Uciekała wtedy do córki – dodaje brat zamordowanego Krzysztofa.

Podobny dowody zebrali śledczy. Ustalili, że feralnego wieczora między krewniakami rzeczywiście doszło do kłótni. Ale stroną atakującą był Roman S. Zadał siostrzeńcowi kilkanaście ciosów nożem, zostawił umierającego na podłodze, potem umył narzędzie zbrodni i dopiero za jakiś czas zadzwonił po pogotowie. Zaraz po zatrzymaniu mężczyzna przyznał się do winy. Ale dziś twierdzi, że było inaczej.

– Wszystko zostało zmanipulowane przez policję – mówi twardo. Krewkiemu wdowcowi grozi dożywocie.