Rafał Magner leży w nowotarskim szpitalu. Trafiła tu także jego żona, ale po opatrzeniu lekarze zwolnili ją do domu. W czwartek przed południem, jak setki innych, ruszyli w stronę Giewontu. - Lubimy pobiegać po górach, nie sądziliśmy, że to się tak skończy – opowiada.

Byli już na szczycie, gdy zaczął padać deszcz. - Zrobiło się piekielnie ślisko, a osoby, które były w japonkach i klapkach nie dały rady iść i blokowały szlak – opowiada pan Rafał.

Pierwszy piorun zmroził wszystkich. Wyładowanie poszło po łańcuchu, więc ludzie, którzy się go trzymali, zostali rozrzuceni jak piłki pingpongowe. - Jedna kobieta przed nami straciła przytomność. Mąż reanimował ją przez czterdzieści minut. Potem i jego uderzył piorun. Kobieta niestety zmarła. Inna obok nas miała złamaną miednicę. Byli ludzie mniej ranni, z połamanymi nogami i rękami. Byli tacy jak ja - porażeni. Ja nie trzymałem się łańcucha tylko skały. Mimo to poparzyło mi rękę, brzuch i nogę. Buty, które miałem na sobie, zostały rozerwane i spalone – dodaje pan Rafał.

Ludzie płakali, niektórzy modlili się, inni siedzieli przerażeni. –Ja zostałem zabrany przedostatnim śmigłowcem. Prosiłem, żeby ratownicy zabierali najciężej rannych, bo sam nie czułem bólu. A oni rozdawali nam folie termiczne, uspakajali, mówili co mamy robić. Akcja była zorganizowana naprawdę profesjonalnie.

- To była największa tego typu akcja ratunkowa w Tatrach – ocenił później Jan Krzysztof, naczelnik TOPR. W sumie do szpitali w Małopolsce przetransportowano 157 osób. Większość z nich już została wypisana. Reszta dochodzi do siebie po urazach związanych z porażeniem prądem, jak i mechanicznych, które powstały od upadku czy uderzeń o skały.

Niestety, burza zebrała też śmiertelne żniwo. Po polskiej stronie Tatr zabiła cztery osoby, w tym dwoje dzieci, a po słowackiej – jedną.