Tomasz J. najprawdopodobniej resztę życia spędzi w więzieniu. Mężczyzna jest oskarżony o zabójstwo pięciu osób oraz usiłowanie zabójstwa 34 osób. We wtorek 13 sierpnia do poznańskiego sądu wpłynął akt oskarżenia w sprawie morderstwa i wysadzenia kamienicy na Dębcu w marcu ubiegłego roku. Akta zdradzają nieznane dotąd opinii publicznej szczegóły sprawy, zwłaszcza ogromne okrucieństwo, jakiego Tomasz J. dopuścił się, mordując swoją żonę Beatę.

Zazdrość doprowadziła do tragedii

Tomasz J. i Beata na co dzień żyli osobno. On pracował w Anglii, ona razem z synem mieszkała w Poznaniu, prowadziła salon stylizacji paznokci. Małżeństwu się nie układało. Jak informuje prok. Łukasz Stanke, znajomi zeznali, że J. był chorobliwie zazdrosny o żonę, do tego nadużywał alkoholu. Problemy w związku sprawiły, że Beata odnowiła kontakty z dawnym znajomym, zaczęło rodzić się między nimi uczucie. W końcu kobieta zapowiedziała złożenie pozwu o rozwód.

Krótko po tym Tomasz J. spowodował poważny wypadek, jadąc samochodem ze swoim 13-letnim synem Kacprem. Mężczyzna rozpędzonym autem wjechał prosto w drzewo. Chłopiec odniósł wtedy poważne obrażenia, a Beata od razu nabrała podejrzeń, że mąż zrobił to celowo. Wynajęła prywatnego detektywa, by to udowodnić, wymieniła zamki w drzwiach.

Do tragedii doszło, gdy w marcu ub. r. Tomasz J. wrócił z Anglii do Poznania. Miał zastąpić Beatę w opiece nad dzieckiem, gdyż ta miała wyjechać do znajomego. J. pojechał do żony prosto z lotniska, miał rozliczyć się z nią z alimentów. 

- Pokrzywdzona wpuściła go do mieszkania. Oskarżony zabił ją, zadając jej 11 ciosów ostrym narzędziem, prawdopodobnie nożem. Przyjąłem, że motywem była chorobliwa zazdrość i zapowiedź złożenia pozwu o rozwód. Czy oskarżony planował wcześniej zbrodnię, czy też w mieszkaniu doszło do kłótni i działał pod wpływem impulsu – tego nie udało się ustalić - powiedział "Gazecie Wyborczej" prokurator Łukasz Stanke.

Litery wyryte na czole

Do wybuchu w kamienicy doszło rano w niedzielę 4 marca. Dokładnie w chwili, gdy do drzwi mieszkania Beaty dobijali się jej znajomi. Mieli wyprowadzić na spacer psa Beaty, ale nie mogli otworzyć drzwi.

Kilka minut wcześniej, zdaniem śledczych, Tomasz J. uszkodził instalację gazową, doprowadzającą gaz do kuchenki. Jak ustalono, to właśnie w kuchni znajdowało się epicentrum wybuchu, który wywołała osoba znajdująca się w mieszkaniu. Na tej podstawie wykluczono, by Tomasz J. chciał otruć się gazem, a do eksplozji doprowadził przypadkowo np. dzwonek do drzwi.

W zawalonej kamienicy znaleziono zmasakrowane zwłoki Beaty. Jak informuje "Wyborcza", Tomasz J. "oskalpował jej głowę, a na czole wyciął nożem wiele krzyżujących się linii, które zdaniem biegłych układają się w trzy litery: ZKA". Prokurator nie ma pewności, jedynie przypuszczenia, że J. chciał napisać "za karę".

Jak napisano w akcie oskarżenia, po zabójstwie Tomasz J. odciął żonie głowę, a następnie wyciął implanty piersi i rozciął narządy rodne. Nie wiadomo jednak, dlaczego zrobił coś tak okrutnego.

Wyjątkowy proces

Proces Tomasza J. będzie unikalny w skali kraju. Poza Beatą, w wyniku eksplozji zginęły cztery inne osoby, a kilkanaście zostało rannych. Prokurator jest jednak zdania, że w wybuchu mogły zginąć 34 kolejne osoby - mieszkańcy kamienicy - dlatego mężczyzna odpowie też za usiłowanie ich zabójstwa. Do tej pory w naszym kraju nie było podobnej sytuacji, gdzie oskarżony odpowiadałby za śmierć kilku osób i usiłowanie zabójstwa kilkudziesięciu kolejnych. Bo choć wcześniej już zdarzały się celowe wysadzenia budynków, to zawsze sprawcy również ginęli na miejscu. Tomasz J. doznał jedynie rozległych poparzeń.

Tomasz J. nie przyznaje się do żadnego z postawionych mu zarzutów, odmawia także składania zeznań. Biegli orzekli jednak, że mężczyzna był poczytalny i może stanąć przed sądem. Proces ma rozpocząć się jesienią.

(Źródło: Gazeta Wyborcza)