To komentarz do sprawy zaginionego Dawida Żukowskiego. Coraz więcej informacji ukazuje dramat rodziny. Wątek przemocy w domu, oskarżeń między rodzicami, dramatyczny SMS ojca o treści: "już nigdy nie zobaczysz syna" skierowany do matki. Eksperci alarmują, że podobnych konfliktów rodzicielskich jest już kilkaset rocznie i coraz częściej prowadzą do tragedii.

- Co roku zajmujemy się około 600 przypadkami porwań rodzicielskich - mówi Anna Szeremeti z Fundacji Itaka. W rozmowie z WP wyjaśnia, dlaczego rodzice posuwają się do skrajnych zachowań. Coś, co zazwyczaj łączy przypadki porwań rodzicielskich, to nakręcająca się spirala emocji.

- Punkt wyjścia to moment, w którym jedno z rodziców w wyniku konfliktu rodzinnego ma ograniczoną możliwość widywania się z dzieckiem. Policja czy sąd rodzinny nie są w stanie szybko rozstrzygnąć tego typu sprawy. Zapada więc decyzja o działaniu na własną rękę np. odbiciu dziecka z pomocą znajomych, albo detektywów - relacjonuje Anna Szeremeti.

Następnie kryzys narasta, bo w odwecie między partnerami zaczynają się pojawiać oskarżenia o przemoc, nawet wykorzystywanie seksualne. Do ich wyjaśnienia angażowane są policja i prokuratura.

- Nieważne, kto na tym etapie ma rację, rodzice zaczynają brnąć w ślepy zaułek. Ucieczka i narastający stan zagrożenia prowadzą do podjęcia dramatycznej decyzji, "dobra, skończmy z tym wszystkim" - tłumaczy ekspertka Fundacji Itaka.

Dawid Żukowski. Poszukiwania wciąż trwają

5-letni Dawid Żukowski jest poszukiwany od środy. Znajdował się pod opieką ojca, który tego dnia wieczorem popełnił samobójstwo. Samochód, którym chłopiec podróżował z ojcem znaleziono na osiedlu Łąki, ok. 3 km od miejsca tragedii. Grodzisk Mazowiecki i okolice są teraz miejscem szeroko zakrojonych poszukiwań, z udziałem policji, wojska, straży pożarnej.

Trudno przesądzać, jak zakończy się sprawa Dawida Żukowskiego. Najbardziej niepokoi, że mimo szeroko zakrojonych poszukiwań chłopiec nie został odnaleziony. W rozmowie z TVN kryminolog Paweł Moczydłowski sugerował, że chłopiec, będący pod opieką zrozpaczonego ojca, mógł instynktownie wyczuć stan zagrożenia i schować się w jakimś trudno dostępnym miejscu.

Zdarzało się jednak, że tego typu konflikty kończyły się tragicznie. Przypomnijmy, że jesienią ubiegłego roku 35-letni Tomasz M. najpierw otruł swojego syna, a potem popełnił samobójstwo. Do tragedii doszło w łazience sali zabaw w Warszawie. Zdesperowany ojciec przeżywał decyzję sądu rodzinnego, który wcześniej ograniczył mu liczbę i czas spotkań z dziećmi. Partnerka oskarżała go o obsesję, nachodzenie i nękanie znajomych.

Tomasz M. zostawił w mediach społecznościowych pożegnalny list. Zwrócił się w nim do Sądu Okręgowego we Wrocławiu oraz byłej partnerki. "Nie zrezygnuję z moich dzieci nigdy i mojej postawy nie zmienię. (...) Ona chce mieć je tylko dla siebie. Traktuje je jak swoją własność. Jak przedmioty, które zabiera tam, gdzie ma ochotę nie licząc się z ich uczuciami. Prezentuje im nowego tatusia, który ma mnie zastąpić", napisał na Facebooku Tomasz M.