Mieli czwórkę dzieci, teraz trójkę. Milena jest u rodziny zastępczej, a Jakub i Jesica przebywają w Domu Pomocy Społecznej "Słoneczko" w Bydgoszczy. Tam w czwartek zmarł Dominik. Najprawdopodobniej zakrztusił się klockiem.

Jak podała "Gazeta Wyborcza", na miejsce szybko przyjechała karetka. Pierwszej pomocy pięciolatkowi udzielały natychmiast pielęgniarki. Dziecka nie udało się jednak uratować. W rozmowie z dziennikiem kierownik placówki opowiedziała o tym, że pracownicy ośrodka bardzo to przeżywają.

Rodzice, którym odebrano dzieci, i którzy stracili Dominika, w rozmowie z WP podkreślają, że rozumieją traumę pracowników. - Ale to my jako rodzice najbardziej ucierpieliśmy - zwracają uwagę.

"Nikt się do nas nie odzywa"

Zauważają, że pracownicy DPS otrzymali pomoc psychologa, a oni nie. - Jesteśmy na drugim planie. Nie wiemy, co z pogrzebem i czy będziemy mieć jakieś wsparcie finansowe. Po wyniki sekcji zwłok sami będziemy musieli się udać do prokuratury. Nie możemy być przy czynnościach. Ośrodek się do nas nie odzywa - mówi pan Sylwester, ojciec zmarłego Dominika.

Dlaczego rodzinie odebrano dzieci? Złe warunki mieszkaniowe - odpowiadają. Jak zaznacza pan Sylwester, spór o dzieci toczy się od 2010 roku. W listopadzie 2018 roku umieszczono je w rodzinie zastępczej.

Ta rodzina, jak mówi ojciec Dominika, ma dwójkę swoich dzieci, ale "chciała kolejną czwórkę". Ostatecznie trójka (5-letni Dominik, 7-letni Jakub i 3-letnia Jesica) trafiła do DPS, a jedna dziewczynka - 1,5 roczna Milena - została u rodziny zastępczej.

"Zamknęli je na klucz"

Rodzice twierdzą, że jeden lekarz stwierdził, że dzieci są autystyczne. - Rzeczywiście widać odstępstwo od innych rówieśników, ale nie pasują do innych chorych dzieci umieszczonych w domu opieki - mówi pan Sylwester.

Zapewnia nas, że razem z żoną odwiedzali i odwiedzają dzieci w ośrodku. - Byliśmy tam dzień przed tragedią. Zostawili nas w jadalni, przyprowadzili dzieci, nie przynieśli żadnych zabawek - opowiada.

Jego żona dodaje, że dzieci były zamykane same w pokoju na klucz, między innymi kiedy płakały, gdy żegnały się z rodzicami. Zdaniem rodziców Dominika, kiedy wydarzyła się tragedia, rodzeństwo również zostało "uwięzione".

Czy zamierzają pójść do sądu? - My tego tak nie zostawimy - zapowiadają. Twierdzą, że ośrodek po raz ostatni się do nich odzywał, by przekazać: "Bardzo nam przykro, to był nieszczęśliwy wypadek, nic nie dało się zrobić, to niczyja wina".

Stanowisko DPS

Co na to Dom Pomocy Społecznej "Słoneczko"? W rozmowie z WP kierownik placówki Agnieszka Probant mówi, że "rodzice mają prawo do wielkiego rozgoryczenia i żalu". Jednocześnie zapewnia, że dzieci nie były zamykane. - Absolutnie nie. Jak można zamknąć małe dziecko? - podkreśla.

Zwraca uwagę, że nawet gdyby tak było, rodzice nie mieli możliwości tego widzieć. - Nie mam pojęcia, skąd ojciec mógł mieć taką informację. On nie uczestniczy bezpośrednio w opiece nad mieszkańcami, nie może wiedzieć tego, czy dzieci są czy nie są zamknięte. Odwiedziny odbywają się w innym pomieszczeniu - tłumaczy Probant.

Zaznacza też, że po śmierci dziecka rodzice Dominika byli w ośrodku na rozmowie i strony są w stałym kontakcie. Kierownik "Słoneczka" nie chce odnosić się do sprawy w kontekście rodziców. - Nie wiem, do którego momentu oni sobie życzą czegokolwiek od nas. Oni mają swoje prawo głosu, ale nikt o nich nawet na chwilę nie zapomniał - mówi Probant.

Zapytana o brak pomocy psychologicznej dla rodziców, odpowiada, że "powinni wyrazić taką wolę, że sobie czegoś takiego życzą" i mieli okazję, by to zrobić. Zaznacza: - U nas zdążyła się tragedia i ponosimy za to odpowiedzialność - podkreśliła.

Są wstępne wyniki sekcji zwłok chłopca

Jak powiedziała nam Agnieszka Adamska-Okońska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy, ze wstępnych wyników sekcji wynika, że najprawdopodobniej przyczyną śmierci było niedotlenienie centralnego układu nerwowego. Postępowanie prowadzone jest w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci i narażenia na bezpośrednio niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia.