– Gdyby tylko ktoś nas powiadomił o odnalezieniu tych ludzi, to zapewnilibyśmy im dach nad głową – mówi nam Katarzyna Gryzło, ze schroniska dla bezdomnych „Przystań” pod Malborkiem.

Ewa i Józef nie byli ludźmi, których fortuna obdarowała życiem usłanym różami. Kilka lat temu syn kobiety wyrzucił ich z domu. Tułali się po ulicach Gdyni. Wreszcie trafili do ośrodka „Przystań”. Tam – co podkreślają pracownicy socjalni – dzięki wielkiej miłości jaką się darzyli odnaleźli spokój. Niestety, szczęście nie trwało długo. W lutym tego roku pan Józef dowiedział się, że ma nowotwór. Diagnoza nie pozostawiała złudzeń: raka nie dało się już wyleczyć.

78-latek trafił do hospicjum. Rozłąka z żoną była jednak nie do zniesienia. Pod koniec kwietnia pan Józef opuścił placówkę i razem z żoną wyruszyli w swoją ostatnią podróż. Czas jaki im został, postanowili spędzić w swojej dawnej altance w Gdyni. Okazało się jednak, że stary domek zamienił się w stertę gruzu. Zostali bez dachu nad głową. Co gorsza stan chorego dramatycznie się pogorszył. Żona przygotowała mu legowisko przy ulicy. I tam starszy pan zaczął konać. Agonia trwała 5 dni! W tym czasie okoliczni mieszkańcy alarmowali policję i straż miejską, aby ktoś pomógł małżonkom. Staruszek umarł jednak pod gołym niebem.

Nie chcieli pomocy?

– Funkcjonariusze przyjechali na miejsce 26 kwietnia, po otrzymaniu zgłoszenia. Chodziło o parę bezdomnych, leżących nieopodal ogródków działkowych. Kiedy policjanci znaleźli ich, para oświadczyła, że czują się dobrze i nie potrzebują pomocy. Funkcjonariusze oferowali także pomoc w odwiezieniu obojga do któregoś ze schronisk, lecz nie skorzystali – mówi kom. Krzysztof Kuśmierczyk z gdyńskiej policji. Funkcjonariusze jednak, nie zainteresowali się sprawą na tyle, aby zweryfikować czy parą opiekuje się opieka społeczna i ewentualnie poinformować o sprawie jej pracowników.

– Policja przyjechała, spisała ich i pojechała dalej. To samo straż miejska. Nikt im nie pomógł. Aż w końcu chłop zmarł – opowiada Józef Kowalski (70 l.), który jak mówi sam dzwonił kilka razy po pomoc.

A wystarczył jeden telefon!

Skandaliczne jest także to, że po zabraniu z ulicy ciała pana Józefa, nikt nie zainteresował się losem jego żony. Pani Ewa, po rozpytaniu jej przez śledczych, została pozostawiona bez jakiejkolwiek pomocy. – Policja nie ma środków prawnych, aby zabierać osoby z ulicy wbrew ich woli. Kobieta nie skarżyła się na żadne dolegliwości, a lekarze, którzy stwierdzili zgon jej męża nie widzieli podstaw alby ją hospitalizować – przyznaje rzecznik gdyńskiej policji.– Bez jej zgody nie mogliśmy jej nigdzie zabierać.

Policja i strażnicy twierdzą, że starsi państwo nie chcieli pomocy. Czy jednak naprawdę nie można było wykazać choć odrobinę dobrej woli i powiadomić najbliższy ośrodek pomocy socjalnej?! Czy taki odruch serca aż tyle kosztuje?!