Jest pan zaangażowany w sprawę oskarżenia Jarosława Bieniuka przez Sylwię Sz. Czy takie często sytuacje zdarzają się w pana pracy?

Krzysztof Rutkowski: - Takie przypadki jak oskarżanie Jarosława Bieniuka, są, niestety, coraz częstsze. Kobiety odrzucone przez mężczyznę, kobiety, których oczekiwania - emocjonalne czy nawet tylko finansowe - nie zostają spełnione, potrafią robić różne rzeczy. Także składać zawiadomienia o gwałcie.

Pan zna Jarosława Bieniuka.

- Jarosław  Bieniuk z Anią Przybylską mieszkali w Łodzi. Wtedy ich poznałem. Mieliśmy bliski kontakt. Często rozmawialiśmy, zapraszaliśmy się na spotkania. Znam tego człowieka jako normalnego gościa. Nie ma żadnych przesłanek, żeby podejrzewać, że mógł zmuszać kogoś do seksu. On nie musiał nikogo gwałcić, żeby mieć normalne kontakty z kobietami. Nie wyczuwałem u niego żadnych inklinacji do takich rzeczy, do agresji i do przemocy.

Oskarżenie o gwałt to nie jest komfortowa sytuacja.

- My mężczyźni jesteśmy w takich sprawach na przegranej pozycji. Pomówić o gwałt jest bardzo łatwo. Wystarczy kontakt sam na sam i już może być problem. Jeśli jeszcze pojawi się świadek albo dowód np. w postaci obdukcji...

Jaki może być motyw takich oskarżeń?

- To działa tak: kobiety kuszą mężczyznę, podstawiają się, starają się osiągnąć swój cel. Zdobyć go. Bywa, że później próbują go szantażować. Osoby popularne, publiczne są narażone szczególnie na takie sytuacje i na takie zagrożenia. Bo nie tylko chodzi o to, czy dowie się żona, ale też o skandal obyczajowy.

Czy w tym przypadku możliwa jest próba szantażu ze strony środowiska trójmiejskiego?

- To jak najbardziej możliwe. Kobiety często są wykorzystywane przez tzw. środowisko. Podstawia się kobietę, a później jest podstawa do szantażu, zmuszania do określonego zachowania. Tak mogło być w tym przypadku.

Oskarżenie idzie w świat i... 

- Taka sytuacja potrafi popsuć życie i zszargać opinię. Musimy bardzo uważać jako osoby znane, publiczne. Ale to może spotkać każdego. Każdy musi na to zwracać uwagę. Na zachowanie kobiety, czy nie przekraczamy pewnej granicy w kontaktach. Czy nie dajemy pewnych sygnałów, które mogą zostać błędnie odebrane i prowadzą do konfliktu. 

Co w tym konkretnym przypadku podpowiada pana intuicja?

- Myślę, że to raczej układ między tą kobietą i Jarosławem. Być może czegoś się spodziewała i jej oczekiwania nie zostały spełnione. Myślę, że sama podjęła takie działanie, zmierzając do kompromitacji człowieka, który ją zawiódł. Dlatego złożyła zawiadomienie o gwałcie.  

Mogła odebrać jakiś sygnał? Jarosław Bieniuk przekroczył pewną granicę?

- Nie można wykluczyć, że wcześniej w jakiś sposób ją zachęcił, dał impuls. Ona uwierzyła, budowała jakiś obraz ich relacji, a kiedy ją odrzucił, ten obraz się rozsypał. Być może nie mogła się z tym pogodzić i podjęła taki desperacki krok. Kobiety potrafią być podłe, a ta podłość sięga często zenitu.

Jakieś przykłady?

- Miałem ich w mojej pracy wiele takich przypadków. Jeden pamiętam szczególnie. Urażona kobieta odrzucona przez mężczyznę złożyła zawiadomienie na policji, informując, że widziała, jak w Grecji doszło do zabójstwa mężczyzny. Wskazała sprawców. Zmarnowała ludziom życie. Siedzieli siedem lat w więzieniu w Grecji. Pracowałem nad tą sprawą na prośbę matki jednego ze skazanych. Okazało się, że ten zamordowany i wrzucony do morza, żyje. Odnaleźliśmy go. Nie było żadnego zabójstwa. Okazało się, że jeden z oskarżonej trójki ją odrzucił, więc wsadziła za kraty na wiele lat trzech niewinnych ludzi. W dodatku nie poniosła żadnej odpowiedzialności.

Jest sposób, żeby się przed takimi zachowaniami ochronić?

- Należy zgłaszać policji. To trudne sytuacje do udowodnienia. Jeśli jednak jest najmniejsza próba wymuszenia, zmuszania do określonych zachowań, stalkingu trzeba to zgłaszać jeszcze na takim etapie, żeby nie dochodziło do eskalacji zachować po drugiej stronie. Choćby po to, żeby był jakiś ślad. W razie powtórzenia się zachowań, będzie łatwiejsze do udowodnienia, że nie jesteśmy sprawcą, ale ofiarą.