Być może to przypadek, ale Jan B. miejsce na atak wybrał sobie szczególne - plebanię, dzień również - czwartek. Tego dnia Chrystus odbył ostatnią wieczerzę. Czyżby diabeł kazał mu zabijać? Jego ofiara - osoba pobożna i ojciec księdza - nie miała szans w starciu z ogromną siłą i furią zawodnika MMA i rugby.

- Dokonał napadu bez żadnej przyczyny – zaznacza Przemysław Śliwiński rzecznik prasowy Archidiecezji Warszawskiej. - Napadł w przedsionku i zaczął tłuc. Nie żadną butelką, ani nożem. Udusił go rękami, walił pięściami.



Proboszcz usłyszał przeraźliwe krzyki ofiary i ruszył na pomoc. Kiedy zobaczył, co się dzieje, chwycił za telefon i wezwał policję. Kiedy zaczął wybierać numer pogotowia, szaleniec porzucił ofiarę i skoczył wprost na niego. Proboszcz dostał kilka ciosów w głowę.

Wtedy pojawili się policjanci, a tuż po nich medycy. Niestety, pomimo akcji reanimacyjnej pan Marek zmarł.



Gdy agresor został obezwładniony, stracił przytomność. Jemu też trzeba było udzielić pomocy. Policjanci mówili, że był pobudzony i bardzo agresywny. Został przewieziony do szpitala. Do wczorajszego wieczora nie odzyskał przytomności. Śledczy sprawdzają, czy był pod wpływem alkoholu, dopalaczy, czy narkotyków.