Szczegóły podwójnego zabójstwa w Lechitowie były tak bulwersujące, że sąd podjął decyzję o utajnieniu postępowania. Teraz, po ponad 9 latach, Fakt24 dotarł do akt sprawy. Wszystko wydarzyło się na przestrzeni niecałego miesiąca pod koniec 2010 roku. Nikt nie zauważył, że w niewielkiej wiosce mają za sąsiada prawdziwego potwora. Wręcz przeciwnie - większość mieszkańców bardzo go lubiła, uważając za uroczego, wesołego i uprzejmego człowieka.

Wilk w owczej skórze. "Zawsze był dziwny"

Jedynie niektóre osoby wyczuwały, jaki naprawdę jest 28-letni Dominik K... - Nie utrzymywałam z nimi bliższych kontaktów. Nie chciałam chodzić do Justyny, gdy w domu był Dominik, bo źle się czułam w jego obecności, tak dziwnie. On w ogóle się nie odzywał, siedział obok i nie uczestniczył w rozmowie - wspomina kuzynka zamordowanej Justyny. Nie pił w ogóle alkoholu, nie palił, nie pił nawet kawy. Jak zeznała jego koleżanka: „wyróżniał się, był taki pedantyczny, czysty, wszystko musiał mieć na swoim miejscu", ale "dla wszystkich był miły, zawsze uśmiechnięty”. Wiele osób wspominało jednak w swoich zeznaniach, że Dominik był „dziwny” - nie patrzył w oczy i niewiele się odzywał.

Na zewnątrz Dominik wydawał się dobrym mężem. Zarabiał i, zdaniem świadków, dbał o Justynę. Ona sama też nigdy otwarcie na niego nie narzekała. Na życie nigdy im nie brakowało. Odkładała czasem jakieś pieniądze, żeby mieć na czarną godzinę albo kupić coś Kamilkowi. Jaki jednak Dominik był za zamkniętymi drzwiami? Z jakiegoś powodu Justyna, gdy wychodziła, odprowadzała synka do babci lub sąsiadki. 25-latka nie chciała go zostawiać z tatą sam na sam. Poprzednia partnerka Dominika zeznała, że mężczyzna ją bił. Czy to samo działo się w pozornie spokojnym domu małżonków?

Wiadomo, że niedługo przed zniknięciem Justyna kłóciła się z Dominikiem o jego kochankę, Agnieszkę S. Miała pretensje, że podwozi ją ze sklepu i często się spotykają. Podejrzewała, że kobieta jest w ciąży z jej mężem. Sama jednak miała platonicznie i z wzajemnością zakochać się w mieszkającym w Górze Krzysztofie W. Planowali wspólną przyszłość, która nigdy miała nie nadejść.

Tajemnicze znikniecie dwóch kobiet z tej samej wsi

Agnieszka lubiła imprezować. Zawsze powtarzała, że ma jeszcze czas na stały związek i chce się wybawić. Justyna wręcz przeciwnie: z domu wychodziła w zasadzie tylko do pracy. - Nigdy nie mówiła, że chce odejść, bo kogoś poznała. O jej zniknięciu dowiedziałam się 14 grudnia wieczorem, gdy przyszłam do domu Justyny. Tam była jej mama, bratowa oraz Kamilek. Jej mama była zapłakana. Powiedziała, że Justyny nie ma i nie wie, gdzie jest. Dominik powiedział jej, że Justyna wyszła z domu w nocy - zeznała kuzynka kobiety. Bliscy Justyny nie mogli w to uwierzyć - to było do niej zupełnie niepodobne! Szczególnie, że nie zostawiłaby swojego 3-letniego dziecka samego z ojcem.

Dominik twierdził potem, że dostał od Justyny SMS-a, że ona ma dość, odchodzi i mają jej nie szukać. Że teraz to on ma wychowywać Kamilka. Kiedy o tym opowiadał, prawie płakał. Wydawało się, że bardzo przeżywa zaginięcie żony. Wszyscy mu uwierzyli. Ale potem wybrał się na imprezę sylwestrową. Wyszło też na jaw, że sprzedał w lombardzie telefon Justyny i ich obrączki ślubne. W rozmowie ze znajomym wspomniał też, że nigdy więcej nie chce w mieszkaniu paneli. Nikt jednak wtedy nie połączył tych drobiazgów w jedną całość.

W międzyczasie okazało się, że zniknęła również Agnieszka. Wyszła po cukier i już nie wróciła. Nie odbiło się to jednak we wsi szerszym echem, bo już jej się to wcześniej zdarzało, gdy pomieszkiwała u kolejnych chłopaków. Kiedy jednak wyszło na jaw, że dziewczyna nie wzięła ze sobą żadnych ubrań ani rzeczy osobistych, bliscy i znajomi zaczęli się niepokoić. Szczególnie, że w podobnym czasie zaginęły dwie kobiety z tej samej wsi.

Historia zaczyna się sypać, czyli zwłoki w dziecięcym pokoju

Następnego ranka po zaginięciu Justyny, Dominik zgłosił na policję jedynie, że żona od niego uciekła. Nikogo nie zastanowiło, skąd mógł to wiedzieć, skoro spał... Ponadto kobieta nie zabrała swoich tabletek antykoncepcyjnych i okularów, a z konta nie pobierała pieniędzy. - Uważam, że Dominik jeździł na policję tylko po to, by dowiedzieć się, co o nim wiedzą i dopasować swoją wersję do ustaleń policji - zeznał później jeden z sąsiadów, który od początku podejrzewał, że obie zaginione nie żyją. Zauważył też, że prowadzący poszukiwania policjant jest znajomym Dominika i spotykał się z nim prywatnie na stacji paliw. - Mam takie przeświadczenie, że gdyby policja podeszła do sprawy profesjonalnie, to ciało Justyny zostałoby znalezione wcześniej i jej matka z wnukiem nie musieliby dwa miesiące spać na jej zwłokach - dodał.

Rozkładające się ciało Justyny odkryli jej matka, brat i jego żona. Zauważyli, że panele były podnoszone. Brakowało szmatki uszczelniającej, a deski lekko się ruszały. Mężczyzna wezwał policję i w jej obecności zaczął zdejmować panele. Początkowo sądził, że znajdzie tylko ubrania siostry. Kiedy zobaczył jej zwłoki, był w szoku. Musiał wyjść na zewnątrz. - Nieludzka rzecz jest coś takiego zrobić. Po tym wszyscy płakali - mówił w czasie rozprawy. Miał ogromny żal do policji, że nikt nie pojawił się w domu Justyny po jej zaginięciu. Gdyby użyto psa tropiącego, wszystko od razu wyszłoby na jaw.

Kamilek spał w pokoju, gdy ojciec chował matkę pod jego podłogą

Po dwóch miesiącach wybiegów Dominik wiedział już, że nie ukryje makabrycznej prawdy. Przyznał się do zamordowania najpierw kochanki, a potem żony. Twierdził przy tym, że „nie daje sobie rady ze swoimi myślami”. 22-letnią Agnieszkę zabił jeszcze w listopadzie. Kilkukrotnie uderzył kochankę w głowę metalowym 35-centymetrowym kluczem do kół, bo zagroziła, że ujawni ich związek jego żonie. - Nie byłem zdenerwowany, nie czułem złości - powiedział prokuratorowi. Później miał uprawiać seks ze zwłokami kochanki, a na koniec pozbył się ciała w pobliskiej żwirowni w lesie koło Bełcza Małego.

Justynę zabił około miesiąca później, w nocy z 13 na 14 grudnia. Najpierw zeznał, że uprawiał z żoną seks, a gdy później wyszedł z łazienki, miała ona trzymać w ręce nóż kuchenny. Wytrącił jej go z ręki, przewrócił. Twierdził, że chwycił ją za ramiona i wielokrotnie uderzał jej głową o podłogę, aż przestała się ruszać. Później wyszło na jaw, że zatłukł żonę młotkiem, który wcześniej przygotował. Następnie ukrył ciało pod podłogą w pokoju ich 3-letniego synka. Tam też - wraz z dzieckiem i teściową - jakby nigdy nic świętował Gwiazdkę. - Gdy odsuwałem meble i demontowałem panele, to Kamil spał u siebie w pokoju, czyli w pokoju, w którym ukryłem ciało. Nie obudził się, gdy odsuwałem meble. Przez chwilę marudził, dałem mu wówczas smoczka i usnął - opowiadał w czasie przesłuchania. Okazało się też, że dla zatarcia śladów sam do siebie wysłał wiadomości z komórki żony, a do bliskich Agnieszki z jej telefonu.

Psychopata manipulujący śledczymi

W chwili zatrzymania Dominik miał przy sobie list pożegnalny, w którym przyznał się do zabójstwa żony. Napisał, że nie może już z tym dłużej żyć i zamierza popełnić samobójstwo. To samo powiedział policjantowi, gdy przez telefon przyznał się do zbrodni. Przeczy temu jego zachowanie w areszcie. Z opinii psychiatrycznej wynika, że 28-latek mówił o sobie dobrze i zupełnie nie widział potrzeby wizyty u psychiatry. Biegłym odpowiadał najczęściej jednowyrazowo. Został opisany jako człowiek o niskim intelekcie i niezbyt rozbudowanej osobowości. Wcześniej dwukrotnie był karany za kradzieże. Nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego zabił. Twierdził później, że żona torturowała synka i pomiatała nim, ale ustalenia śledczych tego nie potwierdziły.

Kolejna obserwacja psychiatryczna wykazała, że mężczyzna ma skłonności do manipulacji, ale nie jest chory psychicznie. „Jego poziom intelektualny przedstawiany biegłym, a prezentowany spontanicznie wśród współosadzonych jest zdecydowanie wyższy niż ten podczas badań” - zeznali później eksperci. Biegli rozpoznali u 28-latka osobowość psychopatyczną. Wskazali, że takich ludzi cechuje także brak empatii, powierzchowny urok, skłonność do oszukiwania, płytkość uczuć, są egocentryczni i nie mają wyrzutów sumienia. Często też podejmują działania, które wymykają im się spod kontroli.

Mimo to Dominik K. miał zachowaną zdolność do rozumienia tego, co robi i kierowania swoimi działaniami. Co więcej, biegli wyrazili obawę, że w kolejnej podobnej sytuacji mężczyzna mógłby znowu zareagować agresją. „W trakcie całego postępowania u oskarżonego nie było widać poczucia winy, czy przeżywania wyrzutów sumienia”. Lekarze mieli wątpliwości, czy teatralne zgłoszenie się na policję i list samobójczy również nie były wymyśloną przez oskarżonego formą zwrócenia na siebie uwagi. W czasie rozprawy głównej sam przyznał: - Sfingowałem, udawałem na badaniu psychiatrycznym. Chciałem być postrzegany w inny sposób.

Zbrodnia i kara

15 listopada 2012 r. Sąd Okręgowy w Legnicy skazał Dominika K. za podwójne zabójstwo i zbezczeszczenie zwłok na dożywotnie więzienie. Dodatkowo zaostrzył warunki ubiegania się o warunkowe zwolnienie. Mężczyzna może się o nie starać dopiero po 35 latach więzienia. Na razie minęło siedem. Musi także zapłacić matce zamordowanej żony nawiązkę w wysokości 20 tys. zł.

Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uchylił jedynie winę oskarżonego w zakresie zbezczeszczenia zwłok uznając, że jedynym dowodem na to są zeznania Dominika K., który w ten sposób mógł usiłować wpłynąć na złagodzenie kary. „Nie można wykluczyć, że oskarżony w pewnym momencie nie przyjął, że mówienie o stosunkach ze zwłokami świadczyłoby o tym, że jest dziwny czy chory” - czytamy w uzasadnieniu. Sekcja zwłok nie potwierdziła bowiem słów oskarżonego. Przeczy im także fakt, że kobiety były kompletnie ubrane.

Decyzja o oddaleniu tego zarzutu nie wpłynęła jednak na wysokość kary. „Za dwie zbrodnie zabójstwa popełnione w ciągu przestępstw sąd pierwszej instancji wymierzył karę dożywotniego pozbawienia wolności. Jest to kara skrajna, bo i zachowanie oskarżonego jest skrajne. Oskarżony dopuścił się zbrodni wobec bezbronnych kobiet. Zabójstw dokonał na przestrzeni jednego miesiąca. Działał bez uzasadnionego powodu. Zabójstwo obu kobiet wynikało z instrumentalnego traktowania przez oskarżonego ludzi dla zaspokojenia własnych potrzeb. (…) Sposobem działania oskarżony okazał, że jest osobą wyjątkowo niebezpieczną. (…) Ma rację sąd pierwszej instancji oceniając, że oskarżony jest osobą wysoce zdemoralizowaną” - uzasadniał sędzia. Dodał, że Dominik K. ma jeszcze szansę na powrót do życia. Jego ofiary tej szansy mieć nie będą. Sąd Najwyższy oddalił wniosek o ponowne wszczęcie postępowania.