Na osiedlu przy Kilińskiego w Bolesławcu (woj. dolnośląskie) mało kto ich znał, bo przeprowadzili się tam ledwo rok temu. Jednak szybko zwrócili na siebie uwagę awanturami i przemocą. – Byłam świadkiem, jak matka i ojciec lżyli malutkiego Filipka na ulicy – wspomina pani Aneta (35 l.), sąsiadka. Ale najgorsze działo się za drzwiami mieszkania. Tam wyrodni rodzice katowali swoje małe dziecko. Pani Aneta mieszka w bloku obok, ale przez okno doskonale słyszała przeraźliwy płacz dziecka. – Bili go oboje. A jak już wył z bólu na całe osiedle, wówczas zaczynali bić się nawzajem i wyzywać. Kilka miesięcy temu nie wytrzymałam. Słysząc, jak to dziecko strasznie cierpi, zadzwoniłam do MOPS-u, żeby się w końcu zajęli tą sprawą, bo tam dojdzie do tragedii – opowiada zrozpaczona pani Aneta. Zgłoszenie poskutkowało, bo rodziną zainteresował się sąd rodzinny. – Ustanowiono kuratora. Dodatkowo rodziną zajmował się pracownik socjalny i tzw. asystent rodziny – usłyszeliśmy w bolesławieckim MOPS-ie. Ale to nie uchroniło maluszka przed strasznym losem...

W nocy z czwartku na piątek w mieszkaniu po raz kolejny trwała hałaśliwa awantura. Sąsiedzi wezwali policję, ale zanim przyjechał patrol, rozjuszony Sebastian R. chwycił za nóż. Najpierw zaczął dźgać Wiolettę Sz. Gdy poraniona i zakrwawiona upadła na podłogę, zwyrodnialec zaczął zadawać ciosy bezbronnemu Filipkowi. Spływające krwią ciałko malca wyrzucił przez balkon z drugiego piętra. Jak zepsutą rzecz... Gdy do mieszkania weszli policjanci, zwyrodnialec rzucił się na nich z nożem. Jeden z policjantów postrzelił napastnika w brzuch. Sebastian R. trafił do szpitala. Gdy tylko jego stan się poprawi, usłyszy zarzut zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, za co grozi dożywocie. Dlaczego doszło do tej krwawej masakry? Czy policja, sąd i MOPS, wiedząc o przemocy w tej rodzinie, zrobiły wszystko, by zapobiec tragedii? Na te pytania szuka odpowiedzi prokurator.