Mam na imię Przemek i jestem Januszem. Lubię grillować w letni weekend. Płuczę plastikowe kubeczki, żeby użyć ich ponownie. Jeśli mam zapłacić dwa złote za obszczaną toaletę na stacji benzynowej w długiej trasie, najpewniej spróbuję znaleźć miejsce, żeby wysikać się pod drzewem. Lubię gratisy. Sprawdzam, czy rzeczy, które chcę kupić, nie mają tańszych odpowiedników lub nie da się ich kupić taniej. A jeśli idę na konferencję prasową, to przeważnie dlatego, że dadzą tam lunch.

Ale, żeby nie było: mam też zalety. Największe z nich to: nie pracuję "w marketingu", jak cała Warszawa poza kierowcami taksówek, które wożą tych pracujących na spotkania. Rzadko i tylko pod przymusem zamawiam w kawiarniach kawę, która nie smakuje kawą, za to kosztuje tyle co obiad. I nigdy nie dolewam do niej mleka wydojonego z migdałów. I jeszcze jedna: nie piszę książek o tym, jaki to ten Janusz niedobry, głupi i wsteczny. A to zrobiła Aleksandra Szwajda z nadzieją na sprzedanie tej książki sobie podobnym. Książka nosi tytuł "Kim jest typowy Janusz. Jak nim zostać, jak z nim żyć".

Sama idea wzbudza śmiech: książka, w której śmiejemy się z ludzi głupszych od nas. Ma 44 strony, co druga to obrazek, całość można przeczytać w kwadrans. Tytuł: "Typowy Janusz. Jak nim zostać, jak z nim żyć". Na tym tytule kończą się nawiązania do "Jak zdobyć, utrzymać i porzucić mężczyznę" Krystyny Kofty. Tam przynajmniej było co czytać, tu mamy obrazki z podpisami. Ujęte w formie przykazań, a jakże. "10 przykazań dla..." to taka literacka łatwizna, gotowiec znany od trzech tysięcy lat. Tylko że tu przykazań jest akurat dwanaście. I nie są w zasadzie przykazaniami, bo nie mają formy poleceń, ale stwierdzeń. "Kaloryfer jest passe. Teraz rządzi bojler" – to tytuł jednego z przykazań.

Januszowi zrobi się przykro

Przyznaję jednak, że dość niechętnie wyzłośliwiam się nad samą książką. Ot, gadżet, napisany w zasadzie na kolanie i wydany na szybko, dla pieniędzy, jako – złośliwy lub nie – prezent na firmowe mikołajki. Wiele osób, mimo mojej krytyki, powie "mi się podoba", z czym trudno dyskutować.

I tu jest właśnie pies pogrzebany. Kiedy opublikowaliśmy fragmenty "Typowego Janusza", pod tekstem pojawiła się lawina komentarzy. Większość z nich brała Janusza i jego żonę Grażynkę w zdecydowaną obronę. Ulubiony komentarz internautów: "Opluwana Grażyna to twoja matka, ciocia, babcia! Ona cię wychowała i całowała. Nauczyła gotować pyszny rosół, gołąbki, lepić pierogi. Nie ma silikonu w piersiach i nie stać jej na drogie kremy, bo inwestowała w Ciebie, abyś nie odstawał od twoich kolegów ze szkoły".

Były też różne inne argumenty, jak choćby takie, że wielu Januszom i wielu Grażynom może zrobić się przykro, ale z tym akurat muszą się pogodzić. Na tym polega komizm, że czasem temu czy innemu się oberwie. Ale komentarz tym, że "opluwana Grażyna (...) nauczyła cię lepić pierogi" wydaje się aż za delikatny. Tych, którzy odsyłają Januszów i Grażyny do lamusa pogardy, nikt żadnych pierogów lepić nie nauczył. Nie nauczył ich też Janusz wymienić gniazdka ani uszczelki w syfonie, załatwiać rzeczy, których nie da się kupić, pomagać sąsiadom, by liczyć na ich wzajemność i dobre relacje. Jak żyć bez limitu na karcie kredytowej i do czego i po co wymyślono 500+ (podpowiedź: ludzie, którzy to świadczenie zaproponowali i wdrożyli, mają tytuły wyższych uczelni).

Nie chodzi mi więc o obronę prześladowanych, o to, że książka o Januszach obraża Januszów całego świata. Choć przywołane argumenty komentatorów bardzo do mnie trafiają, sam też dostrzegam i wyśmiewam januszowanie, używając nawet tego określenia. Trzeba jednak pamiętać o kilku rzeczach.

Typowy Patryk z marketingu

Po pierwsze: halo, mamy dwa tysiące osiemnasty rok. Wydawanie parodystycznych książek o Januszach to dziś pochyłe drzewo, na które każda koza wskoczy. Chcecie coś o wyższym poziomie trudności? Napiszcie "Typowego Patryka".

Ja zacznę: "Patryk pracuje w agencji reklamowej, za to po pracy pracuje w agencji reklamowej. Wynajmuje pokój w cenie mieszkania w centrum Warszawki (rodzice podsyłają mu pieniądze). Spędza czas z podobnymi w sobie na Zbawiksie, pije tanie piwo, ale robi to w sposób, który określa jako postironiczny. Słowo to pamięta jeszcze ze studiów, kiedy raz zabłądził i zamiast na wydział stosunków międzynarodowych trafił piętro niżej, na antropologię kultury. Picie piwa nazywa "networkingiem", a to znaczy, że robi to w knajpie, w której bywają znani ludzie i liczy na to, że ktoś go zauważy. Kiedy kończy networking, wraca do swojego pokoju i od razu idzie spać, bo następnego dnia z samego rana już o jedenastej musi być na posterunku. Marketing sam się nie zrobi.

Odpowiednikiem lajfstajlowego magazynu jest dla Typowego Patryka serial "Ślepnąć od świateł". Ogląda go marząc, że kiedyś też będzie mógł uzależnić się od kokainy i uprawiać przypadkowy seks z kobietami zwalczającymi oznaki dojrzewania w klinikach "medycyny estetycznej".

PRZYKAZANIE PIERWSZE: JEST NA TO APPKA
Zobaczyłeś kropelkę wody pod umywalką? A może za mocno pociągnąłeś za kabel od ładowarki ajfona 14sc i obluzowało się gniazdko w ścianie? Jest jedno narzędzie, które naprawi oba te problemy. Śrubokręt? Klucz francuski? Wycieczka do marketu budowlanego? Nie, telefon! Magiczne urządzenie, pozwalające wezwać kogoś, kto się zna: wie, gdzie się w domu zakręca wodę, wyłącza korki. Którą śrubkę przekręcić, żeby gniazdko znów zaczęło trzymać się w ścianie, umie zmierzyć uszczelkę, kupić nową i założyć. Trzeba, oczywiście, zapłacić mu za to 200 złotych. Ale potem można napisać w książce zjadliwy komentarz o majstrach znających tylko tutoriale z youtube'a.

PRZYKAZANIE DRUGIE: PO CO MIEĆ POGLĄDY, MOŻNA JE LEASINGOWAĆ
Na pewno podpatrzyłeś u szefowej lub szefa, że jeśli chce się być ciągle na czasie jeśli chodzi o model samochodu, trzeba brać w leasing i po trzech latach oddawać. Ale przecież tak można też zrobić z poglądami! Pomyśl, ile to trzeba przeczytać, dosłyszeć i przemyśleć, żeby mieć własne poglądy. A tak? Bierzesz cudze poglądy w leasing, a kiedy się zużyją, rozglądasz się za nowym dostawcą. Dzięki temu kiedy wszyscy mówią o Januszach i Pińcetplus, mówisz i ty. A jak temat Pińcetplusa przestanie być tak chodliwy, znajdzie się jakiś kolejny, gwarantujący w Dobrym Towarzystwie poklask i zaakceptowanie.

PRZYKAZANIE TRZECIE: DBAJ O LEPSZE JUTRO, KLIKNIĘCIE PO KLIKNIĘCIU
Wieloryby umierają, pracownicom szwalni w Bangladeszu wali się na głowy budynek, klimat się ociepla, krem kakaowy powoduje deforestację puszczy, a wielkie koncerny paliwowe zatruwają zatoki oceanów. Trzeba koniecznie coś z tym zrobić, zakładaj wydarzenie na Facebooku! Zbierzemy czterdzieści tysięcy lajków i ktoś coś z tym wreszcie zrobi, prawda? Pokażmy siłę internetu! Aha, przy okazji dopiszmy, że religia jest dla frajerów, a myślenie magiczne to ciemnota i zabobon. Bo co innego wierzyć w jakiegoś mzimu, a co innego liczyć na to, że lajki na Facebooku i oburzony wpis na ludzi używających toreb foliowych to postawa, która odwróci los społeczności świata, prawda?"

Kiełki sushi kontra ziemniaki z omastą

W tym tonie ktoś mógłby to dokończyć za mnie – pracy nie jest zresztą dużo i za kolejne dwie-trzy godziny cała książka byłaby napisana. Jeśli się sprzeda, autor lub autorka będzie mogła przez kolejne kilka miesięcy nie być cebulakiem, jeść sushi, awokado i kiełki zamiast ziemniorów z omastą oraz jeździć uberem, narzekając oczywiście codziennie na kierowców, którzy nie znają miasta.

Czy Janusze taką książkę kupią? Patryk zarechocze: Janusze przecież nie czytają, he he. Ale może dobrze byłoby, żeby modna miejska klasa średnia całej Polski napisała o sobie taką książkę, a potem ją sobie poczytała. Bo jednak umiejętność śmiania się z siebie jest znacznie mądrzejsza niż produkowanie kolejnych, wciąż takich samych żartów o znienawidzonych sąsiadach. Dlatego każdemu, kto zżyma się na bliźnich, proponuję ćwiczenie z początku tego tekstu: wypisz ile potrafisz cech, które czynią z ciebie Janusza lub Grażynę. I wtedy się z nich pośmiej.