Dwa zwycięstwa w jedenastu ostatnich meczach - z takim bilansem spotkań przeciwko USA przystępowali Polacy do półfinału mistrzostw świata 2018. Gdy gra szła o wysoką stawkę, Amerykanie ulegli nam tylko w Pucharze Świata 2015. Pokonali nas w ćwierćfinale Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro, wcześniej jako jedyni wygrali z nami na MŚ 2014. Nawet kiedy byliśmy bardzo mocni, zwykle potrafili znaleźć na nas sposób.

Tym razem też byli zdecydowanym faworytem. W czwórce, która pozostała na placu boju, to ich uznawano za najlepszy zespół. Ekipę bez słabych stron, o grze ułożonej z precyzją i jakością godną NASA. Ekipę po prostu kosmiczną. Walentin Bratojew, siatkarz reprezentacji Bułgarii, który mierzył się z USA w drugiej fazie turnieju, nazwał graczy trenera Johna Sperawa potworami z filmu "Kosmiczny mecz". Ich przygotowanie fizyczne określił jako niewiarygodne.

Nie można powiedzieć, że Polaków skazywano na pożarcie w starciu z amerykańską bestią, ale mimo bardzo dobrych występów przeciwko Serbii i Włochom w trzeciej rundzie sądzono, że chociaż zawodnicy Vitala Heynena głowy mają twarde, a ramiona silne, nie przebiją się przez mur perfekcji made in USA. Trzeba było jednak wierzyć, bo sport pisał już nie takie historie powalania gigantów, a nasi gracze zbliżali się przecież do rozmiarów tychże gigantów z każdym kolejnym meczem. Po krętej i wyboistej drodze do półfinału mieli prawo wierzyć, że są w stanie pokonać każdego.

Wyjściowy skład Amerykanów, z Matthew Andersonem, Taylorem Sanderem i Micahem Christensonem, można było podawać na długie godziny przed spotkaniem. Biało-Czerwoni wyszli na boisko w takim samym składzie, jak dzień wcześniej przeciwko Włochom. Zaczęli nerwowo, rywale szybko objęli prowadzenie 4:1, ale przez kolejnych kilka minut grali koncertowo. Nie pozwalali amerykańskim potworom wbijać się w boisko, świetnie grali w obronie i kontrataku, a do tego posyłali na drugą stronę trudne zagrywki. Na pierwszej przerwie technicznej prowadzili już 8:6, a po dwóch asach serwisowych Fabiana Drzyzga i bloku na środku siatki - aż 14:7. 

Przy zagrywce David Smitha zespół z USA podgonił na 14:10, ale zaraz potem dwoma punktami z serwisu oddał Michał Kubiak, Piotr Nowakowski poprawił blokiem i prowadziliśmy aż 19:10. Od tego momentu przewaga Biało-Czerwonych zaczęła topnieć, bo Amerykanie wstrzelili się serwisem. Doszli na 24:22, ale w ostatniej akcji Kubiak zahaczył o blok. Z trudem bo z trudem, ale udało się przetrwać zrzut amerykańskich bomb i objąć prowadzenie 1:0. 

W secie numer 2 przeciwnicy zwarli szyki w przyjęciu, a sami kontynuowali ostrzał ciężkimi działami z pola serwisowego. Drzyzga musiał biegać za piłką po całym boisku, a zdobywanie punktów przychodziło nam z trudem. Po długiej akcji, w której Anderson trafił z prawego skrzydła w linię i bloku na Kurku przegrywaliśmy 9:12. Polacy zdołali się zmobilizować - zatrzymywali rywali na siatce, zmuszali Christensona do wystaw z trudnych pozycji, a Andersona do ataków w aut i na drugiej przerwie technicznej prowadzili 16:14. 

Niestety, od tego momentu mecz siatkarski zmienił się w konkurs na najtrudniejszą zagrywkę, w którym pierwsze miejsce zajął Aaron Russell. Tak skutecznie celował po prostej w Artura Szalpuka, że doprowadził do stanu 21:17. Tej przewagi główni faworyci do złota już nie zmarnowali i wygrali 25:20. 

W trzeciej odsłonie inicjatywa nadal należała do Amerykanów i nadal było to spowodowane niesamowitą powtarzalnością trudnych serwisów. Gdy Anderson ustrzelił Szalpuka, przegrywaliśmy 9:12, a Heynen w miejsce 23-letniego gracza wprowadził jego rówieśnika i przyjaciela Aleksandra Śliwkę.

Zaraz po tej zmianie zespół USA zdobył trzy kolejne punkty i zrobiło się nieciekawie, ale na szczęście Polaków nie ogarnęło zniechęcenie. Po asie Jakuba Kochanowskiego i skutecznym bloku Kurka było już tylko 17:18.  Po sprytnym obiciu bloku przez Kubiaka - 22:22. Niestety przy wyniku 23:24 Kurek nie trafił w boisko i to Amerykanie objęli prowadzenie 2:1 w setach.

Na początku czwartej partii drużyna trenera Sperawa zaczęła częściej mylić się w zagrywce, Polacy utrzymywali dobry poziom w ataku i dzięki temu byli w stanie wyjść na niewielkie prowadzenie (5:3, 8:6). Ich dwupunktowa przewaga utrzymywała się bardzo długo, w końcu, po mądrym zbiciu Kurka w kontrataku, urosła do trzech "oczek", a po kolejnym uderzeniu tego zawodnika w sam narożnik boiska do czterech (21:17). Amerykanie w tym secie nie byli już w stanie odpowiedzieć. Ostatnia piłka to znów Kurek, pewny atak w boisko i wygrana naszej drużyny 25:20. 

Wojna nerwów w tie-breaku rozpoczęła się od uderzenia Sandera w aut. Po chwili ten sam gracz dostał efektowną "czapę" od Kurka i przy prowadzeniu Biało-Czerwonych 4:1 Amerykanie wzięli czas. Zaraz musieli jednak brać drugi, bo Nowakowski na środku w pojedynkę zatrzymał Smitha i było już 6:1. Gdy Kubiak posłał na amerykańską stronę asa, wygrywaliśmy już różnicą sześciu punktów (9:3). Przeciwnicy zmniejszyli dystans do dwóch, gdy w pojedynczy blok wpadł Dawid Konarski, a Danell McDonell zagrał asa (11:9). W końcu swoje zrobił jednak Kurek, Kubiak wbił przechodzącą piłkę w boisko na 13:9 i tego nie mogliśmy już zmarnować. W ostatniej akcji meczu punkt zdobył Kubiak, wygraliśmy 15:11 i cały mecz 3:2!

Potwory z kosmosu poległy. Jutro finał z Brazylią. Jednak już teraz nasi siatkarze są mistrzami!

Mistrzostwa świata, półfinał, Turyn
Polska - USA 3:2 (25:22, 20:25, 23:25, 25:20, 15:11)

Polska: Fabian Drzyzga, Bartosz Kurek, Michał Kubiak, Artur Szalpuk, Piotr Nowakowski, Mateusz Bieniek, Paweł Zatorski (libero) oraz Bartosz Kwolek, Jakub Kochanowski, Aleksander Śliwka, Damian Schulz, Grzegorz Łomacz, Dawid Konarski.

USA: Micah Christenson, Matthew Anderson, Taylor Sander, Aaron Russell, Maxwell Holt, David Smith, Erik Shoji (libero) oraz Danell McDonnell.