Tomasz Komenda spędził za kratami 6540 dni. Przez 18 lat powtarzał, że jest niewinny brutalnego gwałtu i morderstwa 15-latki, jednak wymiar sprawiedliwości nie próbował ustalić prawdy o sprawcy. Jego historia została opisana w książce Grzegorza Głuszaka "25 lat niewinności", która ukaże się 18 września. Na jej łamach Komenda opowiada szczerze o brutalnych metodach policji wymuszającej fałszywe zeznania i działaniach prokuratury. Pojawia się wątek nacisków ze szczytów władzy i kobiety, która przyczyniła się do posłania go za kratki. Nikt nie sprawdził jej wiarygodności i motywów działania. Jej oskarżenia były potrzebne tak samo jak głowa Komendy, który skończył jako kozioł ofiarny.

– To, co było w moim obrazie, to sytuacja, która chyba nigdy nie wyjdzie mi z głowy. To była sytuacja. Pamiętam to i będę pamiętał do końca swojego życia, to była sytuacja, to był dzień poniedziałek, o godzinie wpół do siódmej rano, ja malowałem okna, remontowałem mieszkanie. Rodziców wtedy nie było, nie pamiętam, gdzie oni byli. O wpół do siódmej rano wyważyli mi drzwi, złożyli mnie w chińskie osiem. Kiedy leżałem na podłodze, zostały mi przedstawione zarzuty, że zatrzymują mnie do wyjaśnienia, później zostałem przewieziony na komendę. Na policji strasznie zostałem pobity przez tych funkcjonariuszy, którzy mnie zatrzymali i powiedzieli, że jeżeli będę dobrze zeznawał, to wyjdę na wolność. Po prostu byłem bity, ale bicie to jest za małe słowo na to, co ze mną się wtedy działo. Naprawdę, jednym słowem zostałem zmuszony do złożenia fałszywych zeznań. Potem w sądzie, jak dawali mi trzy miesiące sankcji, to ja odwołałem te zeznania wszystkie i powiedziałem, że one zostały wymuszone i na sali sądowej, jak już siedziałem na ławie oskarżonych, to ci funkcjonariusze, którzy byli powołani przez mojego obrońcę, to przez sąd było pytanie zadane do nich, czy przy przesłuchaniu byłem bity przez nich. Oczywiście oni zaprzeczyli temu i powiedzieli, że taka sytuacja nigdy nie miała miejsca. Już wtedy po prostu wiedziałem, że jestem przegrany. To było słowo przeciwko słowu i ja tu nic nie znaczę. Powiedziałem sądowi, że bili mnie i usłyszeli, co chcieli, bo ja chciałem wyjść na wolność.

– No ale był pan przesłuchiwany przed prokuratorem? No i co pan mówił wtedy prokuratorowi? – wyraźnie zaciekawiony zapytał prokurator Tomankiewicz.
– Ten prokurator nazywał się… Ja go widzę przed oczami, ja go widzę i nie zapomnę. Nazywał się… Ja go widzę przed oczami, ale nie pamiętam, jak się nazywał.
– Mówi panu coś nazwisko O.?
– Tak O. Pan O. Tak jest.
– I co panu mówił? Bo mówił pan, że policjanci pana pobili, ale był pan przesłuchiwany przed prokuratorem?
– Tak.
– Rozumiem, że wtedy nie był pan bity?
– No nie. Mi na komendzie zostało powiedziane, że jeżeli przed prokuratorem nie złożę zeznań takich, jakich oni chcą, to już na wolność nigdy nie wyjdę.
– A jakie oni chcieli zeznania?
– Takie, że byłem w tej miejscowości, że dojechałem autobusem. Po prostu moje zeznania, które składałem na komendzie, później znalazły się w aktach.
– Ale czy to pan wymyślał, czy panu powiedziano?
– Zostało mi powiedziane to, co mam powiedzieć. I to jest rzucone na papier. Najpierw mi powiedziano, co mam mówić, a potem to przerzucili na papier.
– Czy to był pana pierwszy kontakt z policją, prokuraturą?
– Tak. To był mój pierwszy kontakt, pierwszy raz, kiedy miałem do czynienia z policją.
– A wcześniej?
– Wcześniej, kiedy przyszli pobrać ode mnie jakieś ślady, zapach, zęby, no to ja się na wszystko zgodziłem, bo ja nie mam i nie miałem sobie nic do zarzucenia. Osoba niewinna, która wie, że nie popełniła tego przestępstwa… to jest największym bólem, że musi odsiadywać wyrok. Za coś, czego się nie zrobiło.
– Ale wcześniej, zanim przedstawili panu zarzuty, kiedy jeździł pan na badania, zębów, zapachu i tym podobne, stosowano wobec pana przemoc?
– Nie, wtedy nie.
– Ale jak pobierali od pana te ślady, to czy panu mówiono, po co to robią, do jakiej sprawy?
– Nie. Proszę sobie wyobrazić, że jak przesłuchiwano brata Krzysztofa i Gerarda, to im to zdjęcie tej dziewczyny pokazano, a mi nigdy. Ja dopiero tą dziewczynę, jej zdjęcie zobaczyłem na sali sądowej, jak matka trzymała w ręce zdjęcie Małgorzaty. To wtedy pierwszy raz widziałem tą ofiarę.

– A proszę powiedzieć, czy zna pan Dorotę P. Kto to jest?
– To była sąsiadka mojej babci, która mieszkała we Wrocławiu. Vis-à-vis mojej babci, a że moja mama przychodziła bardzo często do babci, to wtedy pani Dorota skumplowała się z moją mamą. Pani Dorota miała dziecko i zapytała się mojej mamy, czy by się nim nie zajmowała, czy nie podjęłaby się opieki nad jej dzieckiem. Mama się zgodziła, oczywiście za pieniądze. I coś się stało. Moja mama zrezygnowała z opieki nad tym dzieckiem, bo przez jakiś dłuższy czas opiekowała się nim. I Dorota tak się zdenerwowała, że powiedziała, że jeżeli ona nie chce się opiekować jej synem, to ona zrobi takie coś, że ona pożałuje do końca swojego życia. Że będzie to pamiętać do końca swojego życia.
– A czy pan utrzymywał z nią kontakty?
– Nie.
– Ale odwiedzał ją pan w jej mieszkaniu?
– Tak, ale tylko wtedy, kiedy trzeba było przyprowadzić jej dziecko do naszego mieszkania.
– Ale dlaczego pan chodził po to dziecko?
– Bo na przykład moja mama nie miała czasu.
– Czyli pana mama zajmowała się tym dzieckiem u was w domu?
– Tak, i jak pani Dorota wracała z pracy, to zawsze przychodziła w podwórko i zabierała swoje dziecko.
– Ile to dziecko lat miało wtedy?
– O Jezu, małe było. Nie wiem, czy miało już rok. Naprawdę małe dziecko było. W wózku jeździło.
– Ona zabierała to dziecko z wózkiem?
– Tak.
– A jak długo trwała opieka nad tym dzieckiem?
– Nie wiem. Trudno mi powiedzieć. Długo.
– Rozmawiał pan z panią Dorotą, kiedy odbierał pan to dziecko?
– Nie.
– I słowa pan z nią nie zamienił?
– Nie, bo to była osoba sporo ode mnie starsza. Myśmy nie mieli sobie nic do powiedzenia.
– Pożyczał pan od niej jakieś pieniądze?
– Nie.

– A czy dostawał pan od niej jakieś pieniądze?
– Tak, nie raz.
– To proszę o tym opowiedzieć.
– Po prostu, jak przyjeżdżałem po dziecko, to ona otwierała portfel i dawała pieniądze. Za to na przykład, że jestem na czas, że nie palę, po prostu, że jak mówię, to jestem. Te pieniądze dawała po prostu, żeby z dzieckiem wszystko było dobrze.
– A pytała, co u pana słychać?
– Nie, bo ja z nią w ogóle nie rozmawiałem. To była dla mnie osoba obca. Ona mi sama dawała pieniądze, ja od niej żadnych pieniędzy nie pożyczałem. Ona się rozliczała co jakiś czas z moją mamą.
– Mówi pan osoba nieznajoma i starsza. Ile ona według pana miała lat?
– Była dobrze po czterdziestce.
– A czy pan wie, co było powodem pogorszenia się relacji mamy z panią Dorotą? Czy dziś pan wie?
– Ja miałem wgląd do akt i to, co czytałem, to nie dowierzałem, że taka osoba złożyła takie zeznania, jakie złożyła.
– A jakie to były zeznania?
– Że ja pożyczałem od niej pieniądze, że miałem od niej pożyczyć pieniądze, dwadzieścia złotych, i miałem jej mówić, że ja jadę na sylwestra do Miłoszyc. Ja nie wiem, skąd w ogóle taka osoba takie informacje miała. Ja już potem nie wnikałem, bo wiedziałem, że te zeznania zostaną obalone. Po prostu ta osoba chciała zeznawać jako świadek incognito, ale prokuratura się nie zgodziła na to z tego względu, że zeznawała pani Dorota w jakimś procesie i później się okazało, że ona mówiła w tamtym procesie nieprawdę.

Dorota P. ani na policji, ani w prokuraturze nie powiedziała, że toczy się inna sprawa z jej udziałem. O to, że chciała sfałszować podpis, aby się zameldować w mieszkaniu swojego konkubenta tylko z tego względu, by nie mógł jej z niego usunąć, choć ich relacje były już nie najlepsze. Nikt tego nie sprawdził. Nikt nie zweryfikował jej wiarygodności, choćby przesłuchując jej sąsiadów, którzy nie mieli o niej dobrego zdania. Ufano kobiecie, mając nadzieję, że dzięki niej pojawi się szansa rozwiązania zagadki zabójstwa w Miłoszycach. Była im potrzebna bez względu na to, czy kłamała, czy mówiła prawdę.

Co zatrważające, nikt nie sprawdził motywów jej działania. Sprawca był potrzebny natychmiast, tym bardziej że naciski wychodziły z samej góry, zwłaszcza po wizycie pani mecenas Ewy Szymeckiej u Lecha Kaczyńskiego, który wówczas był ministrem sprawiedliwości. Kaczyński nazwał wtedy Tomka – cytuję za artykułami z „Gazety Wyborczej” – „zbirem i degeneratem”. Wypowiadał się krytycznie o prokuratorach prowadzących sprawę: „Są ślady zębów tego zbira, ślady DNA, wszelkie możliwe znaki – i nie można postawić zarzutu. Taki sposób interpretacji praw człowieka, które czynią przestępców bezkarnymi, a ofiary bezbronnymi, stanowi zagrożenie dla porządku społecznego”. Po takich słowach padających z ust jednego z najważniejszych ministrów musiały pójść konkretne działania.

Po tej wizycie odsunięto od sprawy prokuratora Stanisława O., choć jeśli się zważy na jego przeszłość, nie musiał to być główny powód. Prokurator O. jednak jako jedyny z tych, którzy przed laty prowadzili sprawę, zgodził się na wywiad, mimo że był już skazany prawomocnym wyrokiem sądu w zupełnie innej, korupcyjnej sprawie i miał za sobą pobyt w areszcie śledczym. Jeżeli zawinił w tej sprawie, to jak mówił w wywiadzie, był gotów ponieść tego konsekwencje. Mimo że był skompromitowany, okazał się najodważniejszy z tych wszystkich, którzy w sprawie zbrodni w Miłoszycach nie mają sobie nic do zarzucenia. Jeden z nich twierdził nawet, że już kilka lat temu wiedział, że Tomasz Komenda jest niewinny, ale sprawy nie pozwolili mu kontynuować. Serdeczne gratulacje dla prokuratora B., który mógł wiedzieć, że niewinny człowiek siedzi w zakładzie karnym, a jednak ograniczył się do rozkazów przełożonych i przestał zajmować się sprawą.

Źródło: wp.pl