"Jedzenie ohydne, ceny (...) kosmiczne... zamawiając małą porcję świeżego turbota (smakiem przypominał mrożonego) otrzymałam ZLEPEK 5 kawałków otoczonych w kilogramowej panierce mącznej. Podczas mojej reklamacji 'szef kuchni' oświadczył, że takie mają porcje i nie uwzględnił mojej skargi. Musiałam zapłacić ponad 170,00... wróciłam głodna i wkurzona na maxa" - tak swoją wizytę w jednej ze smażalni w Ustce opisała na Facebooku pani Elżbieta.

Do swojego postu autorka komentarza dołączyła zdjęcie potrawy i otrzymanego rachunku. Wynika z niego, że ryby kosztowały kolejno 56,70 zł oraz 66,15 zł, zaś porcje warzyw - 21,75 zł oraz 22,75 zł. Wykwintne, jak można sądzić po cenie, danie zostało jej podane na papierowym talerzyku razem z plastikowym sztućcami... 

Post wywołał w sieci prawdziwą burzę, a my postanowiliśmy sprawdzić, czy nad polskim morzem faktycznie tak trudno o dobre jedzenie w rozsądnej cenie. W tym celu wybraliśmy się do Władysławowa - uwielbianego przez turystów kurortu u nasady Półwyspu Helskiego. Idąc tropem wczasowiczów, postanowiliśmy "zapolować" na świeżą rybkę, którą chwali się niemal każdy nadmorski bar.

Nie jest źle

Zaczęliśmy od popularnego baru położonego w bardzo bliskiej odległości od morza, przy deptaku prowadzącym na plaże. Z bogatej ofert dań wybraliśmy smażonego dorsza w zestawie z frytkami, surówkami oraz napoje. Już po około 20 minutach nasze dania pojawiły się na stole. Co najważniejsze - ryba była świeża, a porcje całkiem spore. Do tego bardzo miła obsługa. W sumie za dwa dorsze z frytkami i surówkami oraz dwa napoje zapłaciliśmy 69 złotych. Dużo czy mało? Postanowiliśmy porównać ceny i jakość jedzenia w innych barach.

Na celownik wzięliśmy inny lokal gastronomiczny, położony nieco dalej od morza. Tam zamówiliśmy jeden zestaw obiadowy złożony z łososia, frytek i surówki. Do tego napój i zupę rybną. Jakie wrażenia? W porównaniu do pierwszego lokalu, bar wypadł dość blado. Ze współczuciem obserwowaliśmy obsługę, która w pocie czoła kursowała między oblężonymi przez turystów stolikami. A kiedy w końcu otrzymaliśmy nasze danie, okazało się, że frytki są zimne, a łosoś zupełnie bez smaku... Cena? Łosoś + frytki + zupa rybna + napój - 50 zł. Ruszyliśmy dalej.

Najgorsze niedomyte szklanki i sztućce

Tym razem nasze kroki skierowaliśmy do baru znajdującego się niedaleko dworca PKP. Nasz wybór nie był przypadkowy, bo wzięliśmy pod uwagę krytyczne opinie klientów tego lokalu, które znaleźliśmy w internecie. I niestety, musimy się pod nimi podpisać. Ryba, którą zamówiliśmy, przypominała w smaku kawałek drewna i prawdopodobnie została usmażona na starym oleju. Jednak to, co najbardziej nas zniesmaczyło, to niedomyte szklanki, w których podano nam napoje i sztućce z zaciekami.

Złe wrażenie dodatkowo spotęgowały pokryte rdzą solniczki. Problematyczne okazało się też zamówienie kawy, bo - jak usłyszeliśmy od kelnerki - musiała specjalnie dla nas uruchomić ekspres. Przy barze okazało się też, że zupa rybna nie kosztuje 8 zł - jak podano w cenniku - lecz 13 zł. Niewielka strata, bo i tak jej nie było.

Jedyną pozytywną rzeczą w tym lokalu okazał się rachunek. Za dwa zestawy, w których skład wchodziły smażona ryba, ziemniaki, surówki, kawa i napój zapłaciliśmy niewiele ponad 40 złotych. 

Pocieszające jest to, że nigdzie we Władysławowie nie spotkaliśmy się z podobną sytuacją, którą w swoim poście opisała pani Elżbieta. Wniosek? Przy wyborze restauracji warto kierować się opiniami internautów, bo - jak widać - mogą one nas ustrzec przed nieuczciwymi restauratorami.