Pod koniec lipca Polskę obiegła smutna informacja o śmierci wybitnej artystki, Kory Jackowskiej. Wokalistka Maanamu od pięciu lat zmagała się z chorobą nowotworową. Kilka dni po śmierci gwiazdy, jej przyjaciółka, profesor Magdalena Środa, udzieliła poruszającego wywiadu.

Początki przyjaźni


Magdalena Środa opowiedziała o tym, jak zaczęła się jej przyjaźń z Korą wiele lat temu.

- Poznałyśmy się w klubie 22. (...) Pokochałyśmy się z Korą od razu. Była feministką; prawa kobiet, prawa do autonomii, do decydowania o własnym ciele, macierzyństwie, losie były dla niej tak oczywiste i tak naturalne, że nie potrzebowała tego deklarować - powiedziała Środa w "Newsweeku".

- To Kora mnie wybrała, oswoiła, pielęgnowała. Ja bym nie śmiała. Należała do innego świata.

Magdalena Środa wspomina, jak Kora wzięła ją do klubu na promocję swojej płyty. Wokalistka rozdawała autografy, porozmawiała z fanami, a potem we dwie poszły na kolację.

- Uwielbiała gadać. I miała sporo do powiedzenia. Oprócz śpiewania jej żywiołem było czytanie literatury pięknej, Podciągnęła mnie w tym zakresie poważnie - wyznała profesor.

Kochała zwierzęta


Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Kora uwielbiała zwierzęta. Żyła z nimi w symbiozie.

- Kora z nimi gadała. Wspominała te, które odeszły, planowała przyszłość z tymi, które do niej przylazły. (...) Poza psami i kotami były też alpaki.

Dzieciństwo

Kora nie miała łatwego dzieciństwa. Przez pięć lat wychowywała się w domu dziecka, ponieważ jej matka chorowała, a ojciec nie dawał sobie rady. Po latach wyznała, że była molestowana przez księdza.

- Łączyła nas niechęć do dzieciństwa. Moje nie było piekłem, ale go nie lubiłam. Kora swoje nienawidziła. Z roku na rok coraz więcej o nim mówiła. To były strzępki: bieda, choroba matki, sierociniec, samotność, cierpienie, opresja, zagubienie, molestowanie, próby samobójcze. (...) Nienawidziła kleru, religijnej obyczajowości, hipokryzji, kościelnej hierarchii, obłudy, pychy - powiedziała Magdalena Środa.

Ostatnie chwile


Magdalena Środa opowiedziała też o ostatnich chwilach swojej przyjaciółki.

- Gdy tydzień przed jej śmiercią wybierałam się na Roztocze i powiedziałam Krzysztofowi, mojemu mężowi, który dobrze znał Korę: "Jadę do niej, ona umiera", odpowiedział: "To niemożliwe. Boginie nie umierają". Odchodziła w noc, w którą wszyscy na świecie gapili się w niebo, na księżyc. Symbol kobiecych mocy. Rozpaliliśmy "szamańskie" ognisko, postawiliśmy na łące lunetę. Opowiadaliśmy jej o niej, trzymając za ręce, głaszcząc, szepcząc. Nie było już kontaktu, ale musiała nas słyszeć - wyznała Środa w "Newsweeku".