„Ostatni miesiąc był bardzo trudny. Na końcowej drodze towarzyszyła jej rodzina, przyjaciele i wiele oddanych osób" – napisał Kamil Sipowicz w internecie. Kora zmarła w sobotę o 5.30 w swoim domu na Roztoczu. Jak dowiedział się Fakt, po miesiącach stabilizacji, stan piosenkarki pogorszył się na początku roku. Okazało się, że pojawiły się przerzuty. Kora przeszła kolejną skomplikowaną operację. Tym razem na otwartym mózgu. I mimo że była po niej wycieńczona, nadal nie zamierzała się poddać. Na początku czerwca wyprawiła nawet dla najbliższych przyjęcie z okazji 67. urodzin. Na zdjęciach, które jej ukochany zamieścił w internecie widać, że nie traciła wiary w to, że będzie dobrze.

Niestety ponad tydzień temu jej stan znów się pogorszył. Kora nieprzytomna trafiła do szpitala w Bliżowie. Stamtąd przewieziono ją do większego szpitala w Zamościu. Niestety lekarze nie potrafili jej już pomóc. – Chemia by ją zabiła – słyszymy. Gwiazda przyjęła ostatnie namaszczenie, a jej ukochany mąż zabrał ją do domu. – Ona zawsze powtarzała, że jeśli nie będzie już dla niej szans, woli umrzeć w domu, wśród bliskich. Nie chciała odchodzić w szpitalu, przypięta do aparatury sztucznie podtrzymującej życie. Do ostatnich chwil poza rodziną i przyjaciółmi czuwały nad nią pielęgniarki – dodaje nasz informator.

Mimo że Kora dowiedziała się o raku pod koniec 2013 roku, choroba dawała jej już znać w młodości. Ale specjaliści zlekceważyli objawy. – Pół życia zjadałam tony proszków przeciwbólowych. Mój lekarz, którego znam od lat, nie przeoczył tego, on to zlekceważył. Nie zlecił przede wszystkim badań, które zleciła inna lekarka. Dzięki niej zrobiłam testy BRC1 i BRC2, a potem lekarz mi powiedział: to choroba śmiertelna i nieuleczalna. Dlatego nieprawdopodobnie słabłam przez te wszystkie lata. Ból mnie zginał do ziemi. Po tygodniu od diagnozy byłam na stole operacyjnym – mówiła Kora. Diagnoza: „rak jajnika z przerzutami” była dla niej i jej najbliższych wstrząsem. – Przeszłam trzy poważne operacje oraz dwa kursy chemii – mówiła w 2016 roku. Życie Kory do tego czasu było męką. Bywały momenty, że nie chciała żyć. Brak włosów kryła pod kolorowymi turbanami. – Swoje przeszłam. Rzucałam się jak ryba w sieci – opowiadała. Kamil Sipowicz trzy razy ratował ją ze stanu agonalnego. – Kiedyś po chemioterapii Kora tak wymiotowała, że o mało nie umarła z odwodnienia – zdradził ukochany. – Gdyby operacja nota bene mistrzowsko przeprowadzona przez doktora Pukaluka w Zamościu spóźniła się dziesięć minut, Kora mogłaby nie żyć – dodawał. Prawdziwy przełom nastąpił w 2016 roku. Artystka odzyskała w końcu siły, a towarzyszący jej od lat ból zniknął. Zaczęła wtedy walczyć nie tylko o lepsze jutro dla siebie, ale i innych chorych kobiet. W licznych apelach zwracała się do NFZ o refundację leku na raka jajnika. Miesięczna dawka leku Olaparib, który pozwalał jej żyć kosztowała aż 24 tys. zł. Jej apel przyniósł skutek, w 2016 r. Olaparib trafił na listę leków refundowanych.